-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

Coś wyjątkowego, dla dzieci, lecz nie tylko: Hanna Koschembahr-Łyskowska, ZIELONE RĘKAWICZKI, Klinika języka, 2017.

Coś wyjątkowego, dla dzieci, lecz nie tylko: Hanna Koschembahr-Łyskowska, ZIELONE RĘKAWICZKI, Klinika języka, 2017.

Żeby napisać książkę dla dziecka, trzeba zrozumieć jego wyobraźnię, jego świat. Trzeba pochylić się nad małym chłopcem lub dziewczynką, uniżyć do jego sposobu przeżywania świata, wsłuchać się w jego wrażliwość i wyobraźnię. Trzeba przypomnieć sobie, jak to było, kiedy byłem/byłam dzieckiem. Pani Hanna Koschembahr-Łyskowska, autorka powieści ZIELONE RĘKAWICZKI, wydanej dopiero co przez Klinikę języka, wydawnictwo państwa Maciejewskich, potrafi właśnie tak pochylić się nad wrażliwością dziecka a zarazem nad przeszłością swoją, swych bliskich i nie tylko. Dlatego obok małego bohatera tej historii, Krzysia Skrzyneckiego, syna inżynierskiego małżeństwa mieszkającego na przedmieściach Krakowa końca dziewiętnastego stulecia, obok chłopca, który musi na kilka długich miesięcy rozstać się ze swoimi rodzicami i zostać w domu pod opieką służby i przyjaciół rodziny, autorka tej oryginalnej opowieści stawia młodą acz rozważną damę, panią Julię, przyjaciółkę pani Skrzyneckiej i chrzestną Krzysia, która, dla życzliwości jaką darzy rodziców i samego chłopca oraz dla poczucia odpowiedzialności, roztacza nad nim roztropną opiekę. Pani Julia uosabia tę empatyczną i odpowiedzialną obecność kogoś dojrzałego przy małym chłopcu, który jest żywym źródełkiem inwencji i razem niezaradnym, trochę rozpieszczonym, chorowitym dziesięciolatkiem. Pani Julia z jednej strony zdumiewa się chłonnością jego umysłu, prowadzi z nim pełne humoru rozmowy, prześwietnie skomponowane przez panią Hannę, ale z drugiej strony musi pochylić się nad jego niezaradnością. By odczuć coś z kunsztu autorki oraz z owego przykładu mądrej empatii, warto przytoczyć dłuższy fragment powieści:

„Obiady zawsze jadali razem, a potem Krzyś z psami wybiegał do ogrodu, gdzie dogi wydeptywały w głębokim śniegu swoje dróżki. (Krzyś ma wspaniałych czteronożnych towarzyszy, dwa dogi arlekiny Luisa i Funia – przyp. Magazynier) Wracali z tych zabaw tak ośnieżeni, że w sieni, jak zwykle, stała kałuża wody. Justyna (ochmistrzyni domu) utyskiwała, a ciocia Julia, zwracając Krzysiowi uwagę, że należy otrzepywać ubranie i buty na ganku, zaczęła uważnie przyglądać się chłopcu. Zauważyła, że Krzyś nie radzi sobie z wieloma codziennymi sprawami, lub też nie zauważa, że trzeba sobie z nimi radzić. (…) Krzywo zapięty kożuszek i czapka ledwie na uchu powieszona, niedosznurowane trzewiki – tak było zawsze, jeśli Justyna nie zdążyła sama wyprawić chłopca na dwór. O bałaganie w dziecinnym pokoju nie warto w ogóle wspominać, gdyż zna to chyba każdy. (…) Ciocia Julia bardzo się tym zmartwiła. Oczywiście, cudownie było rozmawiać z Krzysiem wieczorem w salonie, gdy wszystko było już jako tako uładzone przez Justynę, piec promieniował dobrym ciepłem grzejąc nosy psów, na mahoniowym stoliku parowała pachnąca herbata w cieniutkich, błękitnych filiżańkach ze złotymi paskami, a Krzyś wymyślał mnóstwo tematów, o których znajomość Julia nigdy nie posądzałaby dziesięcioletniego chłopca. Jednak codzienne życie Krzysia wymagało całkowitej zmiany.”

Tu zaczyna się intryga wychowawcza, w której kluczową rolę, obok dziadka Krzysia, pułkownika kawalerii w stanie spoczynku, obecnie galicyjskiego ziemianina, pana Lutniewskiego, pana na Konarach, odegrają tajemnicze, tytułowe zielone rękawiczki, prezent od cioci Julii. Jaką rolę? Nie zamierzam zdradzać. Jest to bowiem opowieść nie tylko dla dzieci. Również dla ich rodziców. We wspaniały sposób inspiruje ona bowiem wyobraźnię zarówno małych czytelników jak i ich rodziców, wzmacniając nić unikalnej przyjaźni między nimi, wolnej od fałszywej, liberalnej równości.

We wstępie pani Anna Czerwińska-Rydel, bez której, jak wyznaje autorka, nie byłoby tej wspaniałej opowieści, pisze w ten sposób: „Dzieci potrzebują zanurzenia w innym świecie. Potrzebują odrobiny fantazji, ciekawych czasów, interesujących opowieści, nawet ze szczyptą magii. Autorka niniejszej opowieści poszukuje utraconego świata i odnajduje go wśród starych obrazów, mebli, filiżanek, porcelanowych figurek, srebrnych łyżeczek, a zwłaszcza rodzinnych fotografii, listów i strzępów rodzinnych wspomnień.” Lecz nie tylko. Na pierwszy rzut oka zwięzła, mieszcząca się na niecałych 125 stronach, które można przeczytać na głos w ciągu czterech wieczorów, co rzetelnie sprawdziliśmy z moją żoną, powieść ta ma tyle ukrytych sekretów, egzotycznych woni i prawdziwych skarbów, że można by nimi obdarzyć grubą 700-stronnicową księgę. By nie być gołosłownym wymienię tylko dwa z nich. Resztę doczytajcie sobie sami.

Pierwszy to wilki. Wizyta pani Julii we włościach dziadków Krzysia, państwa Lutniewskich, w Konarach, w środku zimy, zaczyna się od niespodziewanego ataku wilków na stajnię i owczarnię, udaremnionego przez pięcioro wspaniałych wyżłów. Kontratak myśliwskich psów pułkownika Lutniewskiego na stado wilków, znacznie liczniejsze, jest zaskakujący nawet dla samego ich pana. Nie jest to epizod przypadkowy. Przypatrzcie się, mili państwo, temu obrazowi Józefa Chełmońskiego Napad wilków: http://chelmonski.info.pl/?p=861

Przypomnijcie sobie wspaniały opis Zofii Kossak-Szczuckiej, w jej znakomitej Błogosławionej winie, zimowego polowania na hordy wilków, dosłownie setkami nawiedzającymi kodeńskie lasy. Jest to moim zdaniem jeden z najlepszych fragmentów polskiej literatury. Niebezpieczne acz zażyłe sąsiedztwo wilków i polskich ziemian i włościan jest rzeczywistością wielopoziomową, sugestywną, historyczną i razem moralną, o wielu znaczeniach. I takie ono jest w powieści pani Hanny. Dlatego, zbliżając się do Konar, do domu w którym wraz ze swoją przyjaciółką, spędzała letni czas swej młodości, pani Julia widzi: „rozłożysty dwór z ogromnym dachem, stojący na wysokiej podmurówce z ciosanych kamieni, ze ślicznym gankiem podtrzymywanym przez cztery kolumny. (…) Ucząc się wraz z Janisią Lutniewską u sióstr w Sacre Coeure, Julia każde letnie wakacje spędzała w Konarach. (...) Teraz – ciemniejący po zachodzie dwór, otulony zimowym krajobrazem, promieniejący ciepłym światłem okien zdawał się Julii najpięknięjszym i najbardziej chwytającym za serce widokiem, jaki napotkała w życiu. – Boże – westchnęła, ocierając łzy wzruszenia – To prawdziwy dom. Prawdziwy polski dom. Nie ma niczego lepszego i piękniejszego na świecie.”

I to jest ten drugi skarb, którego obecność w powieści zdradzam państwu. Lecz tylko uchylając rąbek kurtyny.

No trudno, muszę, „bo się uduszę”, zdradzić również i trzeci skarb. Jest nim obecność Jana Matejki i jego mistrzowskiej sztuki. Ale to tyle. A tajemnic tam bez liku. Resztę trzeba zgłębić i posmakować samemu, samotrzeć, samoczwór, samopięć, czy jak tam Bóg darzy, ze swoimi bliskimi.



tagi: powieść dla dzieci i rodziców  ziemiaństwo  powieść dla dzieci i nie tylko 

Magazynier
4 lipca 2017 10:43
27     961    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Magazynier @Magazynier
4 lipca 2017 10:57

Parasolnikov, Na pomoc. Nie chcą wchodzić obrazki. Będę tu znowu wieczorem. Gebrielu, nie ma okładki w księgarni. Trzeba czekać? Ok, poczekam.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier
4 lipca 2017 11:09

Rotmeister, na pomoc. Zalogowałem się na lubimy czytać, wpisałem fragment, ale czegoś się nie wyświetla. jak to się tam robi? Będę wieczorem.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier
4 lipca 2017 11:10

I jeszcze, jak znacie jakieś inne linki na recenzje, to podajcie tu, dobrzy ludzie.

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @Magazynier
4 lipca 2017 11:55

Nie wiem co jest ja mogę wstawiać, a okładka jest oczywiście tutaj: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zielone-rekawiczki/

zaloguj się by móc komentować


Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 11:55
4 lipca 2017 14:27

Muszę spróbować na innym komputerze. Dzięki za pomoc i okładkę. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 11:55
4 lipca 2017 14:38

Ciemny gwint! Na innym też nie wchodzi.

zaloguj się by móc komentować


betacool @Magazynier 4 lipca 2017 14:38
4 lipca 2017 14:52

Też miałem problemy. Ja to jakoś tak na okrętkę wstawiam.

Muszę otworzyć w programie "Paint", zaznaczyć wycinany fragment i wkleić w tekst.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 11:55
4 lipca 2017 14:55

Prawym przyciskiem myszki pastuję url, czyli kopiuj potem wchodze na panel użytkownika, staję kursorem tam gdzie ma być obrazek, kilkam ikonkę obrazka i wklejam adres w okienku urla. I nic. I tak samo nic na moim stacjonarnym.   

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool 4 lipca 2017 14:52
4 lipca 2017 14:58

Ale co? Wstawiasz nie z sieci? Bo parasolnikov mówił mi że obrazek musi być najpierw w sieci.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier 4 lipca 2017 10:57
4 lipca 2017 15:02

Gabrielu, sorry, zapomniałem że okładka jest w nowej księgarni. Już mi ją parasolnikov znalazł.

zaloguj się by móc komentować


parasolnikov @Magazynier 4 lipca 2017 14:58
4 lipca 2017 20:02

Na pewno Panowie po kliknięciu prawym myszy na obrazek w internecie klikacie "kopiuj adres obrazu" ? to najlepsza metoda a później wkleić to jako url , w tej piątej ikonie  od prawej.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 20:02
4 lipca 2017 20:08

Do tej pory tak robiłem. Wkleiłem przecież ze dwa obrazki poprzednio z sieci, logo targów i okładkę socjalizmu. Teraz sam nie wiem co. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 20:02
4 lipca 2017 20:13

Spróbowałem jeszcze raz i pokazuje się tylko niezidentyfikowany kwadracik. 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @Magazynier 4 lipca 2017 20:13
4 lipca 2017 21:34

Ojej! Jestem pod wrażeniem :) Dziękuję pięknie!

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @KOSSOBOR 4 lipca 2017 21:34
4 lipca 2017 21:37

Zaszczyt i przyjemność po mojej stronie.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 20:02
4 lipca 2017 21:39

U mnie na myszce na prawym klawiszu nie ma "kopiuj adres obrazu" , ale jest kopiuj link. Do tej pory wystarczało że kliknąłem po prostu kopiuj.

zaloguj się by móc komentować

Paris @Magazynier 4 lipca 2017 21:37
4 lipca 2017 21:48

Mnie tez sie bardzo podoba Panski wpis... baaardzo !!!

Dalam "plusa".

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Paris 4 lipca 2017 21:48
4 lipca 2017 22:32

Piękne dzięki. Ale pierwsza zasługa należy do pani Hanny.

zaloguj się by móc komentować

Aquilamagna @betacool 4 lipca 2017 14:52
5 lipca 2017 20:21

Oj, właśnie komentowałem u Pana, że są problemy z Pana obrazkami w artykułach.

Ze względu na tę metodę, którą Pan stosuje, w źródle strony zamiast adresu pliku pojawia się obrazek zakodowany (data:image) - taki "wielokilometrowy", szalony ciąg znaczków.

No i na ekranie komputera wszystko widać, natomiast czytniki artykułów, agregatory wysypują się na tym totalnie... (szybkość strony też spada, tym bardziej, im słabsze urządzenie)

 

@Parasolnikov 

Wydaje mi się, że data:image powinny być zablokowane.

zaloguj się by móc komentować


Magazynier @KOSSOBOR 5 lipca 2017 20:37
5 lipca 2017 21:32

Zatkało mnie! Panie Profesorze, serdecznie dziękuję za zauważenie przede wszystkim książki pani Hanny i również mojej recenzji, no i za faktycznie zielone Zielone rękawiczki, czyli tytuł na zielono, jak być powinien. Donoszę, że nasza krucjata różańcowa ma się dobrze. Ledwo żyje, ale tak ma być. Co miesiąc się modli za Ojczyznę.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Aquilamagna 5 lipca 2017 20:21
5 lipca 2017 21:44

Jest. Trafiony zatopiony. Są obrazki. Piękne dzięki. Po pana/pani komentarzu oświeciło mnie i znalezłem ten kopiuj adres obrazka.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @parasolnikov 4 lipca 2017 20:02
5 lipca 2017 21:45

Wielkie dzięki. Znalazłem w końcu ten "kopiuj adres obrazu".

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @Magazynier 5 lipca 2017 21:45
9 lipca 2017 22:05

Wklejam - jak Pan prosił:

Napisałam tę książkę w 2007 roku, bez kompa, netu, komentowania i na maszynie do pisania.

=====================

Mnie zaś fascynowały zawsze obrazy przedstawiające atak wilków na sanie, ludzi i konie.

https://www.google.pl/search?q=malarstwo+polskie+xix+w.+atak+wilk%C3%B3w&rlz=1C1GGRV_enPL751PL751&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwjB5ZTI2-vUAhWEBZoKHUaEAzYQ_AUICigB&biw=1366&bih=662#imgrc=_

Bałam się bardzo tych obrazów /głównie na reprodukcjach, naturalnie/, gdy byłam mała.

Wiele rzeczy i spraw dotykałam sama, lub opowiadano o nich w rodzinie. Tak było chociażby z wypędzlowaniem zupy przez charty, zanim goście weszli do jadalni na kolację po polowaniu /we dworze w K., na Pomorzu/.  Gdzieś po domu pałęta się śliczna karta – specjalnie na okoliczność przyjęcia po polowaniu – z wytłaczanym zającem, a na karcie z jednej strony menu /po francusku, natuhalmą ;)/, a za drugiej – o ile pomnę -pokot z tego polowania: liczebny spis strzelonej zwierzyny. Albo taka kołderka z prawdziwego gęsiego puchu. Stareńka, w atłasowej kopercie, obszytej ślicznym sznurem, leciutka jak piórko i ciepła  niebywale. Kuliłyśmy się pod nią z moją przyjaciółką, gdy przyjeżdżałyśmy /lata 70-te, w górach/ do dworu jej babuni, cudem nie zabranego, ale i zapuszczonego, a tu zima była. No i takie tam drobiazgi. Ale autentyki.

Do „dotykanych” i zapamiętanych rzeczy i spraw należało dołożyć nieco literatury /może zwanej fantazją?/, i może nieco magii. Ale takiej prawdziwej :))) Ot i wszystko. Może jeszcze i to, że miałam przecież kontakt z  ludźmi z tamtego, zatopionego świata.

==========================

Babunia mojej przyjaciółki. We dworze, który nie został zabrany, umieściła na lata „dzierżawców”. Mieli kuchnię i dwa pokoje. Reszta stała pusta. Przez lata. Naturalnie – żadnych inwestycji nie było /dzierżawa to ruina…/ Babunia mieszkała z córką i wnukami w 3mieście, dokąd musiała wyjechać. Nie gospodarowała już w górach, nie było na czym. Córka i mąż – pensje nauczycielskie, na Politechnice. Na wakacje jeździło się z babunią mojej przyjaciółki właśnie do tego zapuszczonego dworu w górach. Po wodę do gotowania /na maszynce/ chodziłyśmy do kuchni, co było dla nas krępujące, gdyż tam byli ci dzierżawcy, a ich dziadeczek umościł się na piecu. By umyć się – biegłyśmy do potoku. Potem jeździłyśmy same. Potem dzierżawcy wybudowali się. A potem moja przyjaciółka, po studiach, osiadła w tym dworze.

Tu słówko o babuni mojej przyjaciółki:

http://kossobor.neon24.pl/post/37855,helena

Trochę miejscowego kolorytu:

http://kossobor.neon24.pl/post/85679,umarl-jasiek

http://kossobor.neon24.pl/post/95657,gigant-baca-i-pani-inzynier

====================

O tak. Helena to był ktoś! Do dzisiaj ciepło wspominamy z moją Anią jej babunię. Dodam jeszcze, że gdy przyjeżdżałyśmy z Heleną do starego dworu w górach, na wakacje /lata 70-te/, to Helena wychodziła na wieś w czarnym, słomkowym kapeluszu i czarnych, koronkowych rękawiczkach. I chyba już z laseczką. Góralki klękały i całowały Helenę w rękę.  My z Anią okropnie się tego wstydziłyśmy – jak to durnowate smarkule z komunistycznych szkół :)))

Sorry, powinnam napisać „góralki przyklękały”, naturalnie.

=======================

Uff..., chyba ściągnęłam tu Panu wszystko, co znalazłam :)

W ksiązce, jak pisałąm, jest wiele detali autentycznych; np. moja teściowa była absolwentką Sacre Coeur, do którego uczęszczała z córką Axentowicza. Stąd wymyśliłam Janisię Lutniewską i Julię, córkę malarza :)

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować