Jaki był Jezus z Nazaretu? A raczej …
… jaki jest. Jego zmartwychwstanie i powrót do Ojca albowiem nie zmieniły Jego ludzkiej osobowości. Jeśli powiem, że nie zmieniły Jego Serca, nieco rozminę się z prawdą. Sercem albowiem po prostu On jest. Od zawsze, od wieczności. I pytanie, co w Nim jako w Sercu jest? Jaki jest ten, który cały jest Sercem? Wielu zapewne zaprotestuje, gdy napiszę tu, że jest to Serce chłodnego stratega, polityka na skalę więcej niż globalną. Ale zważcie po pierwsze, że w Księdze Mądrości znajdujemy te słowa: „Wszystko urządziłeś według miary, liczby i wagi” (Md 11:20). Nie muszę nawet powoływać się na nauki tzw. przyrodnicze. Z liczbami albowiem musimy się zaprzyjaźnić, żeby zachować nasz żywot biologiczny. Chrystus jako Logos jest Królem liczb, miar, proporcji, zależności, przyczyn i skutków. Te ostatnie dotyczą nie tylko natury, ale również dziejów człowieka. Król dziejów – to nie przypadkowy tytuł. Wyraża się choćby w skierowaniu Piotra-Opoki w stronę Rzymu, stolicy globalnego imperium.
Przypomnijcie sobie, mili państwo, ten epizod z Nazaretu, kiedy Jezus już znany jako nauczyciel i uzdrowiciel, naucza swoich niedawnych sąsiadów o nadejściu Mesjasza. A gdy daje im do zrozumienia, że jest Mesjaszem, zaś oni nie wierzą w Niego porywają go, żeby strącić go ze skały jako bluźniercę. „On jednak przeszedłszy pośród nich oddala się” (Łk 4:30). Który zimnokrwisty, szkolony skrytobójca, mistrz walki według dzisiejszego słownika popkultury, potrafiłby zdobyć się na takie opanowanie i taką strategię? Może i to jest cudowne przejście między wzburzonymi falami urażonych uczuć dokonane Jego wszechmocą. Ale i ta wszechmoc mieszka w człowieku, w którego naturze ukrywa się Stwórca.
Mieszka? Ukrywa się? Czy ja mieszkam w mojej duszy? Ja jestem duszą. Jezus Bóg po prostu jest posłuszny ograniczeniom ludzkiej duszy. Stał się albowiem człowiekiem. Nie zasłania się ludzką naturą, tylko po prostu na mocy obrazu Boga wpisanego w ludzką duszę jest Osobą wszechmocną, wszechwiedzącą, która zgadza się na przyjście na świat z ludzkiej Matki. Inaczej nie potrafimy tego nazwać: staje się człowiekiem, rodzi się jako człowiek.
A zatem ma ludzką osobowość i cechy charakteru. Na podstawie różnych fragmentów Ewangelii, różni pisarze próbowali określić Jego temperament. Jego ostra reprymenda wobec Szymona-Piotra, ostra krytyka faryzeuszy i kasty kapłańskiej i wypędzenie kupców ze świątyni mają świadczyć o Jego porywczości - choleryczny temperatment. Fragmenty kazania na górze, w których odwoływał się do piękna przyrody miały świadczyć o Jego wrażliwości na piękno, temperament poetycki. Łzy wywołane śmiercią Jego przyjaciela Łazarza miał świadczyć o Jego czułym Sercu, skłaniającym się ku melancholii. Wybór wędrownego stylu życia to styl sangwinika. Gdy, śpiąc w łodzi targanej falami, nie reaguje na nadchodzącą burzę, okazuje cechy flegmatyka.
Niech mnie poprawią teolodzy, ale to są uproszczenia. Zauważmy, że wszystkie te cechy są realne i razem wspólnie istnieją w jednej Osobie. A zatem Jezus jest zarówno melancholikiem jaki i sangwinikiem, cholerykiem i flegmatykiem. Byłoby czymś nieadekwatnym nazwać Go osobowością zrównoważoną. Albowiem to nie równowaga jest tu najważniejsza. Czasem traci tę równowagę. Jest osobowością, która adekwatnie reaguje na okoliczności. Dlatego jest w Nim miejsce na wyrachowanie, a raczej strategię.
Z powodu poczucia wyższości? Poczucia wyjątkowego wybrania? Nie uniżyłby się wówczas do umywania stóp uczniom. Była to bowiem czynność niewolnika. Owszem, żydowski pan domu umywał czasem stopy gościowi, ale to był gest wyróżnienia wobec kogoś, który miał wyjątkową godność albo podjął długą drogę, by odwiedzić gospodarza. Niech mnie poprawią znawcy zagadnienia. Przy uczcie czynił to niewolnik.
Skąd zatem wyrachowanie, chłód, racjonalizm, strategia? W skrócie z powodu tego, iż ma do wykonania zadanie, którego wagi nie da się opisać jednym słowem. Ma albowiem wypracować przestrzeń rozmowy i spotkania między Jego Osobą a Jego Matką, w tym przypadku nieustannie ponawianego spotkania, nadto między Nim a każdym z uczniów, a każdym chorym i opętanym stojącym na Jego drodze, a Jairem, którego córeczka jest umierająca, a Samarytanką, a faryzeuszem Nikodemem, a Jawnogrzesznicą, a Dyzmasem, a żołnierzem, który przebija Jego bok na świadectwo śmierci. Wielu jest tych, których przyciąga do Siebie.
Gdyby Jezus był przede wszystkim cholerykim, to co nazywam tu spotkaniem osób, komunikacją najważniejszych intencji między Nim a drugim, stałoby się jakąś poszarpaną rozmową, w której obie strony musiałby się wysilać na opanowanie swoich odruchów. Gdyby był tylko melancholikiem spotkanie utonęłoby w rzewności. Gdyby był tylko sangwinikiem spotkanie byłoby przelotnym krotochwilą. Gdyby był tylko melancholikiem, spotkanie nie doszłoby do skutku, ponieważ spóźniłby się ze swoimi odpowiedziami.
Napisałem, że Jezus reaguje adekwatnie na okoliczności. Ale okoliczności to złe słowo. Adekwatnie reaguje na oczekiwania drugiego. Jakie oczekiwania? Te wyrastające z poszukiwania wiary, nadziei i dobra, zwanego miłością. Ci, którzy Go spotykają mają czas i pomoc potrzebną by zbliżyć się do Jego Serca i nie utonąć w uczuciach, choćby i szlachetnych. Dlaczego? Bo Serce uczuciami nie jest. Ma uczucia, ale jest czymś znaczenie więcej.
Jeśli On jest Sercem, dlaczego zatem potrzebują zbliżyć się do Niego? Ktoś powie, Serce jakie jest, każdy widzi. Wiemy dobrze, że to nie prawda. Powierzchowne poznanie to fraza sprzeczna. Powierzchowność kłóci się z poznaniem. To temat na osobny tekst.
„Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić.” (Łk 11:27) Co zatem objawia spotkanie z Jezusem? Znowu źle postawione pytanie. Nie co, tylko Kogo. Jeśli napiszę, że Stwórcę, nasze myślenie ześlizgnie się ku naturalizmowi Newtona. Jeśli powiem, że sens życia, ześlizgniemy się w egzystencjalizm. Stwórca tak, ale w znaczeniu starohebrajskim, jako Ten, Który Jest, którego Imienia nie da się wypowiedzieć, jako Święta Mądrość, Logos, jako ten który zna mnie, przenika i stwarza mnie nieustannie, podtrzymuje moje istnienie. W Nim mam istnienie. Stwórca w znaczeniu jakie znajdujemy w Księdze Rodzaju i w Prologu do Ewangelii Św. Jana.
Owszem to są teksty. Ale oto w tym spotkaniu stajemy nie wobec liter, zdań i znaczeń, ale wobec Osoby.
Te spotkania nie miałyby jednak mocy bez obliczenia sił na zamiary i wypracowania drogi na Golgotę. „Który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.” (Łk 14:31-32) Nic na to nie poradzę. To są własne słowa Jezusa.
Jego najważniejsze zadanie to złożyć Siebie w Ofierze i odwrócić mocą tej Ofiary mechanikę zła w duszach. W 33 dowodach na istnienie diabła zły duch nazywa Go „Machiavellim przychodzącym z nieba”. Ponieważ bezlitośnie wobec jego władzy nad ludźmi i przemyślnie wyrywa ich spod jego władzy. W pewnym krótkim wierszu Emily Dickinson nazywa Chrystusa złodziejem, który okrada gniazdo śmierci – grób.
Ale nie przeczę, bo przeczyć nie mogę. Bóg jest miłością. Sprzeciwiłbym się całemu trudowi i strategii Jezusa, gdybym opisał Go jako faktyczny pierwowzór Machiavellego. Hymn o miłości św. Pawła tak naprawdę jest hymnem Chrystologicznym:
Chrystus cierpliwy jest,
łaskawy jest.
Chrystus nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydny,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
I gdzie tu miejsce na sentymenty? Pytanie zatem, co to jest owo dobro, zwane miłością ...
tagi: miłość strategia ewangelia spotkanie mądrość jezus z nazaretu słowo wcielone stwórca uczucia
|
|
Magazynier |
| 20 lutego 2026 23:37 |