-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

Konferencja Kliczków 29. 06. 2019 – z górnej półki

https://youtu.be/dLOGneJ9x48

https://youtu.be/n6-MLCYhQBA (Przepraszam za muzykę. Wybrałem ten film z powodu wnętrz. Tło muzyczne można wyciszyć.)

Z górnej, ponieważ wszystkie prelekcje konferencji Kliniki Języka w Kliczkowie (29. 06. 2019) przerosły i rozsadziły jakby od środka kategorie, w których można by je teoretycznie zaszufladkować. Jestem nieustająco pod wrażeniem tej konferencji. Wieści, które tam usłyszałem, ludzie, których spotkałem, ciągle wywołują we mnie bardzo trudne do opisu wzruszenia i strumienie medytacji. Oprócz bieżącej walki o byt codzienny, z awarią baterii łazienkowej, z domowym bałaganem, z niedokończonym artykułem itp., oprócz niespodziewanych wydarzeń typu kilka podróży samochodem przez kraj, jeden smutny, przedwczesny pogrzeb i jeden ślub był to jeden z głównych powodów, które opóźniły tę oto relację.

Zamek kliczkowski, jaki jest, każdy widzi. Jest zaś taki, że przydaje czegoś ważnego naszej konferencji, tak iż chciałoby się tam zabawić dłużej. Trzeba przejść się po labiryncie jego korytarzy, sforsować kręte schody prowadzące na wieżę, posiedzieć chwilę na dziedzińcu w cieniu drzew, porozmawiać ze starymi i nowymi znajomymi o sprawach ważnych i nieco mniej ważnych, pooddychać tą atmosferą. Zresztą podobną do tej, którą znajdziemy wokół pobliskich neogotyckich świątyń, jak na przykład wokół tomisławskiego kościoła pod wezwaniem Stygmatów Św. Franciszka, gdzie, wiedziony GPSem, zabłąkałem się z rana po drodze na konferencję. Czuć bliskość okolicznych puszczy, rezerwatów przyrody i terenów myśliwskich.

Że mieliśmy tu do czynienia z treściami z górnej półki, poznaję po tym właśnie trudnym do nazwania stanie umysły, po tej jakiejś niemocie. Zaś górna półka ma to do siebie, że skraca dystans do sufitu. W naszym wypadku, do „sufitu szklanego”, bariery ekonomicznej, która utrzymuje naszą polską wspólnotę w stanie niepełnej niepodległości i niedoskonałej wspólnoty. Rzecz jasna, one do końca świata nie będą doskonałe, lecz, jak poucza nas Apostoł Pański, „nadzieja zawieść nie może” – nadzieja nie tylko na zbawienie w świecie przyszłym, ale i tu w świecie doczesnym, w naszej ziemskiej ojczyźnie, a więc nadzieja na jakieś ważne dla nas dobro zapoczątkowane w sumieniach wielu. Jakoś tak jest, że Klinika Języka i Szkoła nawigatorów nieustająco kojarzą mi się ze zstąpieniem tej nadziei w naszą teraźniejszość i razem w historię, w nasze medytowanie spraw teraźniejszych i przeszłych.

O przebijaniu „szklanego sufitu” możemy sobie pomarzyć. Dosłownie: możemy, wolno nam, nikt nie broni. I marzyć o tym należy. Ale przede wszystkim „sufitowi”, jego „podwieszkom”, "łukom" i „filarom”, na których się trzyma, należy przyjrzeć się i rozważyć je.

Tym bardziej, że słuchając pierwszego wykładu sir Dermota Turinga, bratanka Alana Turinga, tego od Enigmy, wykładu doskonale streszczającego historię polskich, angielskich i francuskich bojowników z niemiecką maszyną szyfrującą, miałem wrażenie, iż ludzkim głosem przemówił do mnie, do nas, ten właśnie „szklany sufit” i nawet dłoń ku nam wyciągnął. Tak jakby miał do nas jakiś interes. Wnioskuję to z faktu takiego mianowicie, że do tej pory propagandowy szołbiznes, brytyjski i amerykański, spychał w obszar niebytu, a nawet w obszar piekielnych knowań, główną rolę polskich kryptologów, Rejewskiego, Pallutha, i innych, w rozszyfrowaniu Enigmy. W którejś z wersji filmowych tej historii, bodajże w tej współfinansowanej przez Micka Jaggera, lidera znanego kabaretu, pardąs, zespołu rockowego The Flingstones, winowat, The Rolling Stones, Polak owszem występuje, ale w charakterze zdrajcy, który, zapewne z wrodzonej nienawiści do wyższej cywilizacji, przede wszystkim do narodu wybranego, sprzedaje osiągnięcia zachodnich kryptologów niemieckiej Abwerze. Natomiast w książce pana Turinga czarno na białym stoi jak byk (m.in. na stronie 78 jego arcyciekawej książki XYZ), że bez wkładu Polaków wysiłki zachodnich kryptologów byłyby jałowe. To właśnie Rejewski, drogą dedukcji, kiedy jego zespół potrafił już odczytać zaszyfrowane cyfry, odkrył kształt połączeń wewnętrznych w Enigmie, na podstawie rutynowego szyfrogramu, jakby pytania i odpowiedzi, a raczej dosłownie pytania i odpowiedzi, sprawdzających sprawność sprzętu i obsługi, w którym oczywista była odpowiedź w formie daty: 1712. Teraz wystarczyło zgadnąć treść pytania, czyli wydarzenie, które miało miejsce w roku 1712. Wydarzeniem tym były narodziny Fryderyka Wielkiego. Zatem pytanie musiało zaczynać się od słowa kiedy. Co prawda, w wykładzie, p. Turing skrócił ten epizod do lapidarnego stwierdzenia, że Rejewskiemu pomogła w tym zadaniu znajomość pruskiej mentalności. Ale powiedzmy, że był to opis nieprecyzyjnie przybliżony. Tak czy inaczej jest to rzecz godna uwagi, tak jak przyznanie, iż osiągnięcia Polaków, ukrywane przez nich przez pewien czas przed kryptologami brytyjskimi, przyprawiły o zdumienie i wściekłość głównego koordynatora brytyjskiego zespołu, Knoxa. Wybrzmiało to wyraźnie w prelekcji p. Turinga.

Oczywiście, w rozmowach w czasie konferencji i po, kilka osób zwróciło mi uwagę na pewne braki w samej książce, jak np. na brak w kalendarium, zarysowującym całą historię, wyraźnego zaznaczenia przełomu dokonanego przez Rejewskiego. Ale weźmy pod uwagę środowisko, z którego przybywa sir Dermot, i antypolskie zaszłości tego środowiska. To jest przecież inna cywilizacja, stojąca niemal na etycznych antypodach do naszej kultury. W wywiadzie udzielonym p. Beacie Majchrowskiej, sir Turing mówi przecież o wielkich trudnościach w znalezieniu materiałów anglojęzycznych dotyczących polskiego wkładu w rozbrojenie Enigmy. Cywilizacja brytyjska jest niby podobna do naszej, posługuje się podobnymi pojęciami, ale znaczenia, przypisywana im przez Brytyjczyków, dziwnie zbaczają, zawsze gdzieś na końcu ich wypowiedzi, w stronę owej brytyjskiej „piramidy” interesów, owej interesowności, czasem niemal chorobliwej, którą tak trafnie streścił Alexander Milne, bądź co bądź Brytyjczyk, w swoim klasycznym eposie dziecięcym, Kubusiu Puchatku, w postaci tzw. królika wraz z jego krewnymi i znajomymi. Zapewne preferencje propagandowe obecnie odmieniły się, ale, mając w pamięci niedawne dyscyplinowanie polskich akademików, w tym prof. Nowaka, w Londynie przez brytyjskich polityków w sprawie odstąpienia od nowelizacji ustawy o IPN, nie sądzę, żeby propaganda antypolska całkowicie została wygaszona. Oznacza to, że p. Turing i jego wydawca wchodzą w spór z własnym środowiskiem. Choćby z tej racji jego książka warta jest uwagi.

Ale razem jestem bardzo zadowolony z wymiany zdań, do której doszło w czasie dyskusji z nim. Przede wszystkim ze strony pani Ainolatak, która przy innej okazji przypomniała mi, że normalne prelekcje brytyjskie zawsze się kończą w ten sposób, prowadzą mianowicie do bardzo kulturalnej acz bezlitosnej krytyki prelegenta, do szermierki na argumenty merytoryczne i logiczne. Co to znaczy drodzy państwo? To znaczy, że za sprawą pani Ainolatak oraz innych dyskutantów podjęliśmy próbę negocjacji z sir Dermotem Turingiem i środowiskiem, które on reprezentuje. Więcej nawet, była to próba udana i zauważona przynajmniej przez p. Turinga. Nie wiem, czy opowie on o tej dyskusji swoim znajomym. Nie było w niej typowego dla niektórych naszych środowisk wzmożenia w obliczu dewizowego gościa „światowej sławy”. Była natomiast trzeźwa troska o nasze sprawy.

Możemy potraktować to jako ćwiczenie w negocjacjach z naszym sojusznikiem strategicznym, który, o ile się nie mylę, ma do nas jakiś interes. Nie wierzę bowiem w bezinteresowne i apolityczne opublikowanie faktu do tej pory skrupulatnie fałszowanego przez stronę brytyjską. P. Turing jako nietypowy autor i dociekliwy historyk mógł zostać po prostu spławiony, mimo oczywistej protekcji, przez pragmatycznego wydawcę History Press. A tu nie. A nawet wręcz przeciwnie, wydawca zainteresował się, mimo dotychczasowej odmiennej preferencji w zachodnim przemyśle propagandowym. Ciekawe, kto go do tego namówił? Można dziś bowiem w brytyjskim piśmiennictwie historycznym krytykować Henryka VIII i Elżbietę I, ale nie można jeździć po nich jak po łysej kobyle. Niech by ktoś spróbował opisać dzieje Anglii tak jak uczynił to William Cobbett. Tym bardziej nie można podważać autorytet Winstona Churchilla, kreowanego dziś na męczennika sprawy brytyjskiej. Albo wynieść na światło dzienne utajnione na kolejne 50 lat informacje dotyczące katastrofy gibraltarskiej, sugerujące, że czarną godziną Churchilla nie był wcale rok 1940, ale 1945, kiedy zorientował się do jakiego stopnia brytyjska dyplomacja i służby zostały zinwigilowane i zmanipulowane przez stalinowców.

Słowem Dermot Turing i jego książka to jest zjawisko. I za to należy się wdzięczność p. Maciejewskiemu „tylko konfenansjerowi”, że takiego modela wynalazł i zorganizował z nim spotkanie. Z tej racji, namawiam do przyjęcia beznamiętnej postawy negocjacyjnej, wypranej z emocji, na ile to możliwe, w dialogu i sporze ze stroną brytyjską. Niewygodne pytania są jak najbardziej pożądane, tak by nasz sojusznik pogubił się w zeznaniach, ale przede wszystkim potrzebne jest słuchanie ze zrozumieniem. Słuchajmy oferty naszego sojusznika strategicznego. I dedukujmy, albowiem w jego ofercie jest potrójne dno. I to jest kolejny powód, dla którego warto przestudiować książkę p. Turinga, przesłuchać wywiad z nim zamieszczony w Szkole nawigatorów i zaglądnąć do jego wykładów w Polsce zamieszczonych w Youtubie. Żałuję tylko, że nie odstąpiłem swojej kolejki na pytanie naszemu „tylko konferansjerowi”, chciał się bowiem zapytać o powojenny los Alana Turinga, geniusza matematyki i kryptologii, zatrudnionego w pracy nad Enigmą w 1938 r., mianowicie o proces wytoczony mu z powodu homoseksualizmu i o jego przymusowej terapii hormonalnej (chemicznej kastracji). Ufam, że jego bratanek z angielską elegancją zaokrągliłby temat, ale ważne byłoby samo zadanie tego pytania ze wskazaniem analogii do politycznych wyroków sądowych, np. do stalinowskich mordów sądowych, choć byłaby to analogia odległa. Ja zaś formułując swoje pytanie, czy polscy krypotolodzy, z racji niebywałych osiągnięć Alana Turinga, w ogóle do czegoś byli potrzebni brytyjskim służbom, nie wiedziałem, że tak późno wszedł on w pracę nad Enigmą (w 1938 r.).

Bardzo też dziękuję Sauliosowi i pp. Drobnym za te kilka ciekawych uwag, które z nimi wymieniłem zaraz po wykładzie p. Turinga. M.in. za tą sugestię p. Drobnego dotyczącą homoseksualizm wśród brytyjskich intelektualistów, znajdujących się w czasie wojny i po niej blisko spraw strategicznych, jako powodu podejrzeń o współpracę ze stalinowską Moskwą z racji wykrytej działalności tzw. piątki z Cambridge: Harolda „Kima” Philby'ego, Donalda Duarta Macleana, Guy Burgessa, Anthony'ego Blunta i Johna Cairncrossa. Philby (jak poucza mnie Krzysztof) był hetero, pozostała czwórka była aktywnymi gayami.

Na wykładzie prof. Tryjanowskiego zrelaksowałem się nieco i razem uświadomiłem sobie jak bardzo zależnym jestem od tej ciemnej linii lasu na horyzoncie, dokładniej gospodarstwa leśnego, od leśnych sportów w wakacje i w zwykłym okresie pracy, od zbierania grzybów i jagód i od wakacyjnego pływania w mazurskich jeziorach. A jednocześnie jak blisko lasu jest polityka. Choćby z racji ciągłego, niezłomnego istnienia Lasów Państwowych. O politykę wojenną też miałem okazję otrzeć się przy okazji brodzenia po lesie, gdy znajdowałem na Mazurach groby żołnierzy pruskich z pierwszej wojny światowej, zaś w lasach pod-bydgoskich bunkry z II wojny światowej i jakieś dyskretne, podziemne instalacje, drutem okolone, jakby niemieckiego wojennego przemysłu chemicznego.

Natura po łacinie znaczy to, co rodzi, rodząca, rodzący, rodzące. Coś z tego znaczenia było w historiach opowiedzianych przez prof. Tryjanowskiego na temat dziwnej relacji między wojną, poligonami wojskowymi a światem zwierząt, relacji niszczenia z jednej strony i sprzyjania przetrwaniu i rozwojowi niektórych gatunków. Przy czym moc odradzania się gatunków fauny i flory wprowadza absolutną asymetrię i nierównowagę między zniszczeniem a istotną mocą natury, na korzyść tej drugiej. Owszem przerażające są siły uśmiercania i rozkładu przywoływane przez ludzkiego szalonego geniusza. Trawa jednak zawsze odrasta. Powiedzmy przeważnie w końcu. Nie wiadomo skąd powracają mrówki i muchy, zaś te są pożywką dla ptactwa.

Jeszcze ciekawsze są relacje między lokalnymi, afrykańskimi wojnami a egzotycznym kłusownictwem i tzw. medycyną naturalną, w zasadzie przykrywką dla np. pobierania materiału genetycznego dla badań eugenicznych, pardąs, genetycznych. To tylko w zasadzie niejasne przeczucie, być może nie trafne. Ale nachalność propagandy transhumanistycznej na zachodzie sugeruje duże zapotrzebowanie na rozszerzenie popytu na usługi genetyczne.

Jak Gregory Peck z pozostałymi komandosami z Nawarony, państwo Wiszniowscy, przez niebywale rzetelną, zespołową pracę genealogiczną i faktograficzną, rozsadzili i wysadzili w powietrze ze świstem roziskrzonych petard całą konwencję naszej dętej, pseudopatriotycznej, pseudophistorycznej propagandy. Z powodu podobieństwa losu mojej kresowej rodziny do losów Konarzewskich, protoplastów Wiszniowskich, ich świadectwo było dla mnie wielkim wzruszeniem i prawdziwym wstrząsem, dodam, że z wielu przeróżnych powodów: i osobistych i genealogicznych i historiograficznych. Przez te kilka dni oczekiwania na ten swobodny czas pisania w zasadzie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Teraz jakoś to idzie, ale pogodziłem się z oczywistym faktem, że sprawiedliwości ich pracy nie oddam.

Od strony historii Wiszniowscy uświadomili mi coś, co w zasadzie powinienem wiedzieć, mianowicie, że historii należy uczyć się z pamiętników. Powtórzę jeszcze raz dla lepszej słyszalności: HISTORII NALEŻY UCZYĆ SIĘ Z PAMIĘTNIKÓW. I to nie byle jakich. Historię Polski należy zatem pisać od początku w oparciu o pamiętniki. Wszak prawda ta tak przejrzyście rysuje się w pamiętnikach Ks. Tokarzewskiego, Hipolita Korwina-Milewskiego, Edwarda Woyniłłowicza, Ks. Meysztowicza i Mieczysława Jałowieckiego.

Wiszniowscy posłużyli się pamiętnikami i dokumentacją, które zachowały się po ich przodkach, rodzinie Korzeniowskich, aż do ich pokolenia. To jest naprawdę wielki dar Boży, zachowane dokumenty własności i inne wraz ze wspomnieniami z bardzo ważnego okresu od lat 60-ych 19 wieku aż do czasów powojennych, a więc od czasu propagandowych przygotowań do powstania styczniowego, które senior rodu Adam, a zapewne i całe jego środowisko bezbłędnie rozpoznało jako prowokację i pułapkę zastawioną na polską szlachtę. Czemu jako pułapkę? Ponieważ tuż przed powstaniem, miast szykować swoich dziedziców, dwu synów na bohaterską śmierć w imię w zasadzie wielkiej, popowstańczej jumy polskiej własność, senior Konarzewski zawiózł ich własną bryczką (jadąc ze dwa tygodnie z swojej podmińskiej posiadłości) do Sankt Petersburga i dopilnował by dostali się do szkoły kadetów rosyjskiej marynarki wojennej. A jednocześnie przekazał mu wraz z wiarą radykalny polski patriotyzm. Jeden z synów został oficerem rosyjskiej floty. Drugi wykładowcą w tej właśnie szkole kadetów. Co nasz „tylko konferansjer” skwitował przypuszczeniem, że być może pan Adam miał dobre informacje, jak to wszystko (czyli powstanie) się skończy. Jest to wystarczająca rekomendacja dla wywiadu jaki p. Maciejewski przeprowadził z pp.Wiszniowskimi: (https://prawygornyrog.pl/tv/2019/07/po-nitce-do-pointy-pamietniki-rodzinne-przyczynkiem-do-pisania-od-nowa-historii-polski/) i cierpliwego oczekiwania na reedycję ich wspaniałej książki, która rzecz jasna idzie dalej poprzez historię, opisuje dworek Konarzewskich, na pierwszy rzut oka, według kategorii propagandy pepeesowskiej, odszczepieńców od sprawy polskiej, dworek Anulin w majątku Moskalewszczyzna, jako fortecę katolicyzmu i polskości, i dalsze losy potomków Adama, ich ofiarne zaangażowanie w obronę Niepodległej zarówno w czasie wojny z bolszewicką Moskwą jak i w czasie II wojny światowej. Wartością dodaną ich książki i wykładu jest spojrzenie na świadectwo wiary i patriotyzmu ich przodków w konkluzji sformułowanej przez panią Wiszniowską w świetle pism św. Feliksa Szczęsnego Felińskiego i O. Jacka Woronieckiego OP. Jeśli p. Maciejewski, jego współpracownicy z wydawnictwa i sympatycy Szkoły nawigatorów uczestniczą w budowaniu jej jako „domu”, to Wisznioscy wskazali nam na jego fundament, na to, co zostało z I Rzeczypospolitej, bo historia Konarzewskich na Litwie sięga 17 wieku. Zaś utrzymanie przez nich własności w burzliwym 19 wieku i 20 to ocalenie resztek Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Dodam jeszcze, że dodawane liczby – I, II, III – przed nazwą Rzeczypospolita traktuję jako coś sztucznego i niekoniecznego. Polska bowiem, jak nauczał Kardynał Wyszyński, jest jedna. Jedna jest Rzeczypospolita.

Na wykładzie prof. Ostaszewskiego byłem niestety nieobecny z powodów technicznych, ale to, co usłyszałem w rozmowie przeprowadzonej z nim jawi się jako konkret, przychodzący raczej nie ze strony „szklanego sufitu”, ale środowisk polonijnych, które z systemem potrafią negocjować i współistnieć. Wieści o budżeto-twórczej funkcji ubezpieczeń oferowanych przez agencje państwowe to ważny konkret dla nas jako propagandystów ale ostatecznie dla urzędników Rzeczypospolitej. Odczytuję to jako sygnał do potencjalnego dialogu między analitykami polonijnymi, takimi jak prof. Ostaszewski a polską administracją państwową. Czy coś z tego wyniknie, nie mam pojęcia. Wystarczy, że słowo się rzekło i rozsadziło „imperatyw kategoryczny” czysto akademickiej, propagandowej teorii tzw. wolnego rynku. Dlatego być może wynikły z tego dwa, fundamentalne teksty p. Maciejewskiego na temat rewolucji, kontrrewolucji i gwarancji im udzielanych.

Obszerny i bardzo hojny wykład p. Modzelewskiego o ekonomicznych podstawach cywilizacji babilońskiej, egipskiej i owej z obszaru nad Indusem, streścił mi się w pewnym momencie w postać analogii: Babilon-Mezopotamia to Europa z jej rewolucjami przemysłowymi, starożytny Egipt to Ameryka po zasiedleniu jej przez brytyjskich, francuskich, holenderskich, hiszpańskich i portugalskich przedsiębiorców kolonijnych, cywilizacja Indusu to Rosja sowiecka. Zależność wielkiej prosperity starożytnych władców i ich biurokracji od systemu wykorzystania niewolniczej siły roboczej w jakichś wymiarach przypomina nowożytne formy tzw. rewolucji przemysłowej. Nie wiemy, czy i w jakim stopniu są to technologie zarządzania zasobami ludzkimi świadomie zapożyczone od starożytnych. A jednak wiemy coś nie coś na temat fascynacji starożytnym Egiptem w wiktoriańskiej Wlk Brytanii, kaizerowskich Niemczech i III Republice francuskiej. Są to możliwe kanały świadomych zapożyczeń. Temat do zbadania i rozłożenia kolejnych schematów propagandowych. Nadto ważną treścią w wykładzie p. Szymona było w zasadzie powtórzenie konstatacji pojawiającej się w jego tekstach blogerskich, iż budżety imperialne przeznaczone na ówczesną produkcję tworzyły się przy świątyniach. Związki bankowości z religią nie mogą uciec naszej uwadze. Tym sposobem, rzecz jasna archeologicznym, odkryliśmy starożytne, niemal już zapomniane, albo raczej zarezerwowane dla wybranych, obszary „szklanego sufitu”.

W końcu nasz „tylko konferansjer” zamienił się w „alpinistę przemysłowego”, który zawisł na swej uprzęży pod historycznym fragmentem „szklanego sufitu”, by go dokładniej zlustrować i skuć z niego tych kilka warstw propagandowego tynku, by ukazać jego kształt oryginalny, wraz z groźnym pochyleniem jego architrawów nad 17-wieczną Rzeczypospolitą, z ich złowieszczym nachyleniem nad polskimi Jezuitami i św. Andrzejem Bobolą. P. Gabriel streścił nam swoją nową książkę na temat politycznych okoliczności mordu dokonanego na Andrzeju Boboli. Był to moment, kiedy Rzeczypospolitej groził kolejny zrzut potężnego ładunku wybuchowego ze „szklanego sufitu". Lennik Turcji, Jerzy II Rakoczy, książę siedmiogrodzki wyznania kalwińskiego, fizycznie obecny w Brześciu nad Bugiem ze swoją armią i sojuszniczymi kozakami Antona Żdanowicza w niedalekim sąsiedztwie od Janowa Poleskiego, przeznaczony jest w owym czasie, w myśl rozbiorowego traktatu z węgierskiego Radnot (1656, między królem szwedzkim Karolem X Gustawem a Rakoczym) na księcia Małopolski i Mazowsza po zniesieniu dynastii Wazów i rozczłonkowaniu Polski. Tego samego dnia w tym samym Brześciu jest obecny również Jerzy Niemirycz, polski arianin, negocjator poddania Brześcia Rakoczemu, współtwórca tego samego rozbiorowego traktatu z Radnot, konkurent wobec Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego do władzy nad Ukrainą, a więc kolejny niszczyciel RON i nieprzejednany wróg Kościoła i Jezuitów prowadzących wówczas akcję misyjną na Rusi Białej ze swego klasztoru w Pińsku. Zdeterminowanymi niszczycielami Rzeczypospolitej i Kościoła są również Jerzy II Rakoczy i kozacki ataman pod komendą Rakoczego Anton Żdanowicz, podkomendny Chmielnickiego, ale i jego rywal, który porzuci go i za kilka miesięcy odejdzie na służbę cara Aleksego I. Mordu na św. Andrzeju dokonują właśnie jego kozacy.

Kryminologia historyczna każe odrzucić tezę o dzikim okrucieństwie jako głównej przyczynie niewyobrażalnych męczarni, które przeszedł Bobola, kilka godzin wcześniej jego współbrat O. Mafron. Sadyzm żołdacki owszem jest możliwy, ale nie jest możliwe by oddaleni od swego głównego obozu (ponad 50 km od Brześcia) w miarę trzeźwi kozacy poświęcili aż kilka godzin na pastwienie się nad swoją ofiarą, za darmo. Całodzienna nieobecność w obozie może być wytłumaczona tylko rekonesansem względnie rabunkiem, a jeśli rabunkiem, to gdzie są zrabowane dukaty, srebra, jedwabie, krowy czy gorzałka. Co? Nie ma? To może oni z Lachami paktowali, psubraty! Jezuitów rezali? To gdzie obcięte uszy lackich klechów? I wogóle jak dokażą, że to klesze uszy? Dawaj bratków na spytki.

Nie, mili państwo, smowolne okrucieństwo kozackie nie wchodzi tu w grę. Ono jest możliwe jako rozrywka tylko w bliskim sąsiedztwie głównego obozu i tylko po godzinach. W grę wchodzi tylko zlecenie mordu. Wyrok wykonany na postrach, ale nie tylko. Również sygnał ze strony zleceniodawców wobec Jana II Kazimierza Wazy, jego dworu, polskich Biskupów i Jezuitów. Wszak jest to mord dokonany na autorze, przynajmniej współautorze, ślubów lwowskich odczytanych rok wcześniej przez króla przypieczętowujących sojusz polskiego tronu z Kościołem poprzez uznanie Matki Bożej za legalną władczynię Polski. Co znaczy, że zleceniodawcami mogą być tylko wielcy gracze, tacy jak Jerzy II Rakoczy, Jerzy Niemirycz, Chmielnicki i Żdanowicz. A zatem mord ten w języku wojennej polityki oznacza odmowę wszelkich negocjacji z polską elitą i Kościołem. Rzeczypospolita może być tylko wymazana z politycznej mapy świata, Kościół zepchnięty do granic Państwa Kościelnego.

Jest niemożliwym by superior klasztoru jezuickiego w Pińsku wraz ze swoim konfratrami nie zdawał sobie sprawy z sytuacji w jakiej znalazła się Ukraina i Ruś Biała. Dlaczego zatem nie zachowano środków ostrożności? Wytłumaczeniem jest konieczna praca misyjna. Jednak w czasie wojennym, w obliczu podwójnego zagrożenia ze strony kalwińskich siedmiogrodzian, zaprawionych w bojach i grabieżach heretyków, i kozaków, wyznania schizmatyckiego, wypada zachować szczególną ostrożność. Owszem Janów Poleski jest bliżej Pińska niż Brześcia. Leży jednak na prostej, uczęszczanej drodze między nimi. Kilka godzin wcześniej ginie współbrat O. Boboli. Mimo to św. Andrzej kontynuuje podróż w kierunku Janowa.

W dokumentach dotyczących jego męczeństwa zachowały się przekazy jego woźnicy, który stwierdzał, że O. Bobola wahała się gdzie ma się udać, zamierzał najpierw wracać do Pińska, lecz po krótkim namyśle zmienił kierunek jazdy w stronę Janowa, ryzykując spotkaniem z kozakami. W tradycji jezuickiej jest nie tylko radykalizm świadectwa wiary, ale również i poszukiwanie kontaktów z eltami władzy, nawet nieprzyjaznymi wierze, próby stanięcia w ich obecności w celu rekonesansu i negocjacji, a w dalszej perspektywie przyciągnięcia ich do wiary. Stąd p. Maciejewski stawia tezę o możliwej misji nawiązania kontaktu z Jerzym Rakoczym w Brześciu podjętej przez św. Andrzeja. Kiedy w dyskusji przytoczyłem te przekazy dotyczące wahania ze strony O. Boboli, prelegent odpowiedział mi pytaniem: „A kto włożył ten przekaz w usta owych świadków?”. Powiem szczerze, że mnie zatkało. Traktowałem bowiem te świadectwa jak słowo objawione. Ale rzeczywiście wymuszenie lekkiego zniekształcenia świadectwa jest możliwe wobec Rusinów, którzy w końcu wracają do swojego środowiska, często o kozackich sentymentach. Batiuszki Jezuity dobryje i światyje, ale żyć nada.

W obliczu tego mordu na zlecenie z zimną krwią i całej mechaniki politycznej, która za nim stała, dziwnie nieprzekonująco brzmią współczesne humanistyczne oskarżenie kontrreformacyjnych Jezuitów o to, iż reprezentowali i nadal reprezentują tzw. Kościół wojujący, Ecclesia militans, w znaczeniu agresywnego fundamentalizmu. Wystarczy odrobina dobrej woli i pobieżna lektura biografii św. Igancego Loyoli czy jakiejkolwiek encykliki papieskiej by zrozumieć, że łączenie Jezuitów i Kościoła z fundamentalizmem to sprzeczność. Niestety fanatyzm świeckiego humanizmu wyklucza wszelki dialog z tzw. humanistami w tej materii. Jednak męczeństwo św. Andrzeja Boboli to rzeczywiście doskonała ilustracja, co znaczy Kościół wojujący. Dopełnił się w nim wielki bój o wolność wiary na ziemi rusińskiej i razem polskiej, ale nie tylko, również o niepodległy byt Rzeczypospolitej, jako domu dla obojga narodów. W jego świetle rodzi się myśl, że propaganda wrogości między Rusinami a Polakami w zasadzie zmierza do likwidacji politycznego bytu Rusinów, do zredukowania Ukrainy do rozmiarów dojnej kozy.

Myśli, z którymi wyjeżdżałem z Kliczkowa prowadziły mnie ku owemu „szklanemu sufitowi”, z którego spadały na naszych ojców i na nasze pokolenie dziwne zrzuty, jakby ładunki trotylu z opóźnionym zapłonem w otoczce kultu cargo. „Szklany sufit” i kulty cargo bowiem pasują do siebie jak ulał. Myślałem też o tej konstrukcji, którą myślowo wznosimy, dziwiąc się, że w zasadzie budujemy ją od dachu, podwieszeni na uprzęży pod górnymi półkami murów obronnych pozostałych po RONie. Ale kiedy przypomniałem sobie o Korzeniowskich i św. Andrzeju Boboli, zrozumiałem, że wszystko jest w porządku. Fundament bowiem jest na miejscu. Trzeba tylko dotrzeć do niego i go odsłonić. Natomiast konstrukcja dachu zależy od prezentów cargo przesyłanych wprost ze „szklanego sufitu” z pochwalnym poklepaniem odtylnym "wspaniałego narodu Polskiego".

Następnego dnia z kłębowiskiem myśli w głowie ruszyłem do domu, lecz zanim tam dotarłem pośród lejącego się z nieba żaru, skręciłem do Legnicy, do parafii św. Jacka, sanktuarium Cudownego Najświętszego Sakramentu. Ale o tym następnym razem.

Ps. Tzn. kolejnym razem. 



tagi: kościół  rzeczypospolita  kliczków  29. 06. 2019  szklany sufit konferencja szkoły nawigaotorów 

Magazynier
16 lipca 2019 20:01
21     1142    23 zaloguj sie by polubić
komentarze:
rotmeister @Magazynier
16 lipca 2019 20:36

Daleko jestem od domu, net z telefonu ale warto się zalogować i napisać że to jest dobre. Pozdr

zaloguj się by móc komentować



stanislaw-orda @Magazynier
16 lipca 2019 21:36

świetnie napisane

zaloguj się by móc komentować

betacool @Magazynier
16 lipca 2019 21:51

Dzięki, bo tych relacji tym razem jakby mniej...

A przy okazji trochę mnie wczoraj zainspirowałeś... Następny mój wpis z dedykacją dla Ciebie.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @betacool 16 lipca 2019 21:51
16 lipca 2019 21:58

Dzięki. Ale z drugiej strony tak mnie wciągło że zapomniałem o Wojtaszku. Jak się okaże że wygrałem licytację, bo jeszcze nie zaglądałem, to nie powiem, nie powiem, zdziwię się mocno.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @stanislaw-orda 16 lipca 2019 21:36
16 lipca 2019 21:58

Przyjemność po mojej stronie.

zaloguj się by móc komentować

betacool @Magazynier 16 lipca 2019 21:58
16 lipca 2019 22:10

Nie udało Ci się tym razem... Ale o Babinie będzie jeszcze Bartoszewicz z 1908 roku. 

zaloguj się by móc komentować


krzysztof-laskowski @Magazynier
16 lipca 2019 22:17

Fajny relacja.

Jeśli chodzi o Philby'ego, to wolał on dziewczyny od chłopców, odmiennie niż koledzy z siatki agenturalnej.

Oby jezuici z powrotem stali podporą Kościoła walczącego jak księża: św. Andrzej Bobola, Piotr Skarga, Jakub Wujek.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @krzysztof-laskowski 16 lipca 2019 22:17
16 lipca 2019 22:19

Zaryzykuję tezę, że do tego Jezuici i cały Kościół potrzebuje przykładu innego, nowego zgromadzenia, np. Braci Jezusa Miłosiernego, albo świadectwa świeckich.  

zaloguj się by móc komentować

Paris @Magazynier
16 lipca 2019 22:23

Po calodniowej walce...

... z biciem brojlerow i z duzym zmeczeniem wzielam sie za Panski - jak sie okazalo swietny wpis... co tam swietny - zwyczajnie - ge-nial-ny  !!!

Odeszlo zmeczenie... dzieki piekne i wielki  PLUS  za wpis  !!!

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-laskowski @Magazynier 16 lipca 2019 22:19
16 lipca 2019 22:30

Potrzeba też nowego zakonu rycerskiego.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Paris 16 lipca 2019 22:23
16 lipca 2019 22:38

Cieszę się że odeszło.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @krzysztof-laskowski 16 lipca 2019 22:30
16 lipca 2019 22:39

Coś w tym stylu. Ale to się tak nazywać nie będzie. 

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @Magazynier
16 lipca 2019 23:23

Uprzejmie dziękuję za świetną relację, a przede wszystkim za spotkanie i rozmowę w czasie konferencji. Przepraszam, że tak krótko komentuję, ale muszę wracać do szeregu prac.

Pozdrawiam serdecznie

zaloguj się by móc komentować

malwina @Magazynier
16 lipca 2019 23:27

bardzo Panu dziękuję za ten tekst.

no i wreszcie wiem, ze homoseksualizm nie jest naturalny:>)

zaloguj się by móc komentować

emi @Magazynier
16 lipca 2019 23:28

Dziękuję za relację (z przyjemnością przeżyłam to jeszcze raz),

za uzasadnienie pytań Ainolatak- wówczas odebrałam je jako niesprawiedliwe w stosunku do prelegenta, wyjątkowo przecież podnoszącego zasługi polskich kryptologów- i próbę wytłumaczenia tego nieoczekiwanego zwrotu w podejściu do sprawy rozszyfrowania Enigmy przez Anglika.

Mógłbyś, Magazynierze, zostać stałym sprawozdawcą konferencji LUL :)

 

   

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Stalagmit 16 lipca 2019 23:23
17 lipca 2019 09:04

Ja również dziękuję. To była b. ważna dla mnie rozmowa. Niby krótka ale treściwa. Nie zdawałem sobie sprawy z takich rozmiarów ofensywy politycznej poprawności na UW. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @malwina 16 lipca 2019 23:27
17 lipca 2019 09:09

Każdemu mężczyznie o normalnym wektorze płciowym, czegoś na mdłości się zbiera, kiedy pomyśli sobie o wymianie czułości z innym facetem. O innych sprawach nawet nie wspomnę. 

Mechanizm obronny homoseksu męskiego, bo on mam wrażenie jest inny niż kobiecy, mężczyzna homoseks zawsze pozostaje mężczyzną tylko o innym wektorze, więc ten mechanizm obronny podświadomy tak właśnie działa, że broniąc się przed prawdę o nienormalności swego wektora, homoseksi tworzą zamknięte, agresywne grupy. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @emi 16 lipca 2019 23:28
17 lipca 2019 09:09

W zasadzie jestem. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować