-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

'Wyklęci 44' – Łupaszka, Inka i Teatr 'Nie teraz' Tomasza Żaka w Królowych pod Głubczycami 25.08 (+ 3 nowe zdjęcia)


Trailer 1: https://youtu.be/paujDhibLPU

Mjr Zygmunt Szendzielorz „Łupaszka” znalazł się na Śląsku Opolskim w 1947 roku, jak głosi informacja zamieszczona w gospodarstwie w Królowych (tzw. Stary Młyn) pod Głubczycami, gdzie „Łupaszka” próbował stworzyć dla siebie i czwórki swoich najbliższych współpracowników względną, umowną stabilność, „położone na uboczu, pośród zagajników leśnych i stawów, zorganizował wieloletni kurier 'Łupaszki' 'Orszak' (Wacław Beynar)”.

„Łupaszka” zamieszkał tam wraz z Lidią Lwow ps/ „Lala”, sanitariuszką jego oddziału, po śmierci jego żony w 1945 r. towarzyszką jego życia, Mieczysławem Abramowiczem ps. „Miecio”, „Orszakiem” i jego żoną. Z kontaktów z swoją 5 Wileńską Brygadą AK nie zrezygnował. Być może zamierzał użyć tego gospodarstwa jako przykrywki dla działalności podziemnej w nowych warunkach. A przynajmniej jako azyl na czas rozpoznania warunków i możliwości dla nowej konspiracji. „Dowodzenie nad 5 Brygadą oddał Władysławowi Łukasikowi ps. „Młot”. Sam przyjął funkcję kuriera między oddziałami w terenie a Komendą Wileńskiej AK. Gospodarstwo „Łupaszki” odwiedzali wysocy oficerowie wileńskiego AK, w tym sam komendant Antoni Olechnowicz „Pohorecki”. Przekazał on rozkaz rozwiązania oddziałów AK. Jednak z powodu niedostarczenia fałszywych dokumentów dla swoich podwładnych „Łupaszka” nie dopuścił do formalnego rozwiązania struktur konspiracyjnych, przez niego moderowanych. Gospodarstwo owo jako azyl okazało się nie tylko ochroną względną i umowną, ale i krótkotrwałą. „Łupaszka” wraz z podwładnymi przeżył tam tylko miesiąc. Po miesiącu „Orszak” został powiadomiony przez zaufanego milicjanta, że bezpieka zaczęła się interesować nowymi mieszkańcami Królowych. Cała grupa natychmiast, „w ciągu pół godziny”, ruszyła w dalszą tułaczkę w różne miejsca kraju. Szendzielorz wraz z Lwowną trafili na Podhale, gdzie „przetrwali jeszcze rok”.

(Tu: 

http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2016-08-28/byla-wspaniala-dziewczyna-kolezanka-z-oddzialu-wspomina-inke/

Lidia Lwow "Lala" wspomina "Inkę")

Gospodarstwo w Królowych przetrwało, lecz nie w stanie nietkniętym. Ze stodoły pozostała połowa, część zawaliła się. Podobnie inne budynki przetrwały w częściach. Jest tam kamienna tablica wspominająca „Łupaszkę” i jego grupę, również obszerna tablica informacyjna.

Za sprawą harcmistrzów Marcina Żukowskiego z hufca opolskiego (salutującego tu na zdjęciu w otoczeniu weteranów podziemnej AK) i Wiesława Janickiego z hufca głubczyckiego (w roli fotografa), w 2016 r. Lidia Lwow (na zdjęciu poniżej) wraz z innym żołnierzem podziemnej AK okręgu nowogródzkiego, Marianem Markiewiczem ps. „Maryl” (na obu zdjęciach), spotkali się z młodzieżą z ZHR w Głubczycach, w klasztorze OO. Franciszkanów.

Obaj harcerzmistrzowie byli również inspiratorami i organizatorami inscenizacji spektaklu „Wyklęci 44” w ostatnią sobotę sierpnia 25.08 tego roku, w tym właśnie gospodarstwie. Tomasz Żak wraz z piątką doskonałych aktorów, otworzył nowy sezon teatru „Nie teraz”. A właściwie przekroczył kolejną granicę komunikacji teatralnej, komunikacji między scenarzystą, współtwórcami scenariusza, autorami tekstów poetyckich, czasem już zapomnianych, które posłużyły jako przekaz istotnych treści w owej niepowtarzalnej inscenizacji zatytułowanej „Wyklęci 44”, reżyserem, aktorami, którzy dali z siebie wszystko, a widzami. Granica została przekroczona po pierwsze poprzez owo miejsce, gospodarstwo w Królowych znajdujące się na grani historii i dzisiejszego czasu. (Przedstawienie „Wyklęci 44” było wystawiane w wielu miejscach, m.in. na lubelskim Zamku. Tu film przedstawiający reżysera, aktorów, przesłanie sztuki i całe to wydarzenie, trailer 2: https://youtu.be/6vXbvV3zS5A )  

Po drugie z racji surowej i ubogiej estetyki miejsca, ale jednak estetyki, która narzuciła nową dyscyplinę, nowe ramy sztuce, którą teatr „Nie teraz” prezentuje już od A. D. 2012.

(Jest 30 09, g. 14.25. Udało mi się zamieścić moje zdjęcia ze spektaklu)
(Z lewej Przemysław Sejmicki (Janek), z prawej Maciej Małysa (Konrad) i murowana, kamienna ściana w Królowych. Jakość nienajlepsza ale widać kamienie, o których w post scriptum.)

Owe ramy, jak również styl gry aktorskiej, kojarzyć się mogą z estetyką „Teatru Laboratorium 13 rzędów” Jerzego Grotowskiego, który najpierw w Opolu w gomułkowskich latach 60-tych, w lokalu na rynku, a potem we Wrocławiu, dokonywał swoich teatralnych eksperymentów. A jednak jest to skojarzenie nieadekwatne z racji diametralnie odmiennych orientacji duchowych Grotowskiego, neomarksisty i maga, w zasadzie satanisty, i Tomasza Żaka i jego aktorów, katolickiej i patriotycznej. A przede wszystkim z powodu, że „Nie teraz” jest teatrem słowa, nawiązującym do Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka. Znajduje się zatem teatr "Nie teraz" na granicy słowa i aktorskiej brawury, gestu, choreografii, dynamicznej i umiejętnie skomponowanej, świetnie zrealizowanej przez aktorów, jak również gestu symbolicznego. Szczegółów nie będę zdradzał, żeby nie zepsuć wrażenia. Powiem tylko, że jest tam również „30 srebrników”.

Jednak obok słowa, świetnej choreografii, jest również i pieśń. A zatem granica między słowem, a dynamiką i symboliką choreografii, rozciąga się na krainę pieśni. „Wyklęci 44” to druga inscenizacja Tomasza Żaka, którą miałem przyjemność oglądać. Zauważam zatem na tej podstawie, iż piękne wpisanie pieśni w scenariusz przedstawienia, z wielkim wdziękiem i nietuzinkową jakością interpretacji ze strony aktorów, jest regułą, czy nawet zasadą Tomasza Żaka. Ponieważ są to zawsze interpretacje porywające, zarówno w wykonaniu jednego aktora jak i całego zespołu, pieśni często religijne, kiedyś powszechnie znane, dziś zapomniane niemal całkowicie, są one w przedstawieniach teatru „Nie teraz”, również w „Wyklętych 44”, nową oryginalną jakością w teatrze polskim – o ile taki jeszcze istnieje.

Pieśni w teatrze „Nie teraz” są dla mnie szczególnie ujmujące, albowiem zarówno w mojej rodzinie, o korzeniach kresowych, jak i w rodzinie mojej żony, pochodzącej z Pokucia, tradycja wspólnego śpiewu, nie tylko kolęd przy wigilijnym stole, ale i przy innych spotkaniach, była ochotnie podtrzymywana.

Scenariusz „Wyklętych 44” to rzecz wielce kunsztowna. Nie jest on tylko umiejętną kompilacją wierszy, dialogów prawdopodobnych dla owego czasu, pieśni i choreografii. Jest czymś co przypomina orszak, właśnie orszak, zmierzający do celu, określonego i starannie przemedytowanego.

Arystoteles nic nie pisał w swoim opisie struktury dramatu o ekspozycji czy wprowadzeniu. Zakładał zapewne, że jest to sprawa oczywista. W „Wyklętych 44” ekspozycja skomponowana jest z historycznych znaczeń zawartych w samym słowie „wyklęci”, w dacie 1944, określającej przypieczętowaniu losu Polski, znajdującej się na osi między konferencją teherańską a jałtańską i poczdamską, jak również w samym miejscu, związanym wprost z „Łupaszką” a pośrednio z „Inką” Danutą Siedzikówną, najmłodszą, 18-letnią ofiarą bezpieki, bohaterką sztuki, ale jedną spośród bohaterów. Nadto wiele fragmentów spektaklu przedstawia owo całe pokolenie jako bohatera zbiorowego.

Są co najmniej dwa momenty zawiązania węzła dramatycznego. Jeden z nich pojawia się w „Widzeniu Ks. Piotra” z „Dziadów” Mickiewicza: „Wskrzesiciel narodu, z matki obcej, krew jego dawne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery”. Nawiązanie do tytułowej daty 1944, ekspozycję przenosi w zawiązanie węzła dramatycznego w wymiarze bohatera, którym jest całe pokolenie skazane na ubeckie tortury, sowieckie łagry, śmierć i niepewną przyszłości, nie tylko własną, ale i całego narodu. Rosnące napięcie budują kolejne teksty, które podaję za folderem promującym to przedstawienie, a więc: fragmenty Wyzwolenia Wyspiańskiego, fragmenty „Improwizacji” i „Widzenia Ks. Piotra”, z wkomponowanymi fragmentami „Raportu z oblężonego miasta” Zbigniewa Herberta, wiersz „Dziś idę walczyć – Mamo!” Józefa Szczepańskiego z 1944 r., pieśń „Wiernie iść” autorstwa podoficera V Brygady Wileńskiej AK znanego tylko z pseudonimu „Fryc”, fragment ulotki dekalog Polaka Zofii Kossak-Szczuckiej z 1940 r., fragmenty książek Józefa Mackiewicza Lewa wolna, Nie trzeba głośno mówić, Prawda w oczy kole, kilka 19-wiecznych pieśni patriotycznych i religijnych, w oryginalnym zapisie nutowym i z oryginalnym tekstem – „Do pracy”, „Ojcze nasz Polaka”, „Pieśń lirnika”, utwór „Wymarsz Uderzenia” Andrzeja Trzebińskiego, fragment sentencji wyroku wydanego na Danutę Sidzikównę „Inkę” z 3 sierpnia 1946, „Ktoby ojców wzgardził wiarą” (która zamyka całość przedstawienia). Tak mniej więcej zapamiętałem kolejność tekstów. Z pewnością nie jest ona szczegółowa, w praktyce są na pewno przesunięcia, ale w zarysie tak to wyglądało.

Odczytanie wyrok na Siedzikównę to moment kulminacyjny, moment, którego nie można nazwać nawet mianem momentu najwyższego napięciem, jest to albowiem kolejne przekroczenie granicy, faktyczne, choć zrekonstruowane w fabule dramatu, to jednak bynajmniej nie teatralne. Jest on kulminacją przekraczającą wszelkie granice, nie tylko z powodu jego miejsca w chronologii fabuły. Z jakiego jeszcze? Nie powiem, trzeba zobaczyć. Konkluzja, rozwiązanie węzła dramatycznego to fragment bodajże z Prawda w oczy kole Mackiewicza, wymownie wypowiedziany przez Macieja Małysa (Konrada) z użyciem „30 srebrników” oraz pieśń „Ktoby ojców wzgardził wiarą”, znakomicie zinterpretowana przez cały zespół.

Aktorzy znakomici to: Agnieszka Rodzik (Lilka), Ewa Tomasik-Adamczyk (Helena), Aleksandra Pisz (Danusia, w tym również Inka), Maciej Małysa (Konrad), Przemysław Sejmicki (Janek).

Scenariusz i reżyseria: Tomasz Antoni Żak. Wysiłek i kunszt wszystkich wymienionych tu aktorów zasługuje na najwyższe uznanie. Przede wszystkim pomysł fabuły i reżyseria całego spektaklu. A także opracowanie pieśni przez Grzegorza Radłowskiego. Kostiumy: Agnieszka Piekarczyk. Technika, w tym doskonałe operowanie światłem: Ryszard Zaprzałka. Plakat: Paulina Gębica.

Premiera sztuki odbyła się 21 i 22 kwietnia 2012 w warszawskim Areszcie Śledczym na Rakowieckiej, od 1945 będącym osławionym więzieniem ubeckim. Jest niejaką pociechą, że to znakomite przedstawienie, kawał uczciwej ciesiółki teatralnej i kulturowej zostało dofinansowane ze środków publicznych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, z Funduszu Promocji Kultury.

Parę słów o „bohaterach” nieożywionych tego spektaklu. Przede wszystkim jest nim krzyż, taki który wiesza się nad drzwiami, prosty Święty Krzyż. Gra on ważną rolę, bo Danusia składa na niego przysięgę. A wcześniej jest wieszany na ścianie. 

(Aleksandra Pisz (Danusia), Przemysław Sejmicki (Janek) i wieszanie krzyża, zdjęcie moje)

Nastepnie gazeta. Na portalu Pch24 w tekście „Inka okładana Gazetą Wyborczą” pisze Krystian Kratiuk: „Scena, w której aktorka (Aleksandra Pisz) odgrywająca osiemnastoletnią Inkę okładana jest po twarzy przez funkcjonariuszkę władzy ludowej egzemplarzem Gazety Wyborczej, może okazać się obraz ważniejszym dla polskiej sztuki, niż wszystkie produkcje teatralne modernistycznych artystów w minionym dwudziestoleciu”.

(Ewa Tomasik-Adamczyk (Helena), bodajże p. Zbylut (jako Danusia), inscenizacja z Zamku Lubelskiego)

Tak jak mówi odtwórczyni tej roli w wyżej zalinkowanym zwiastunie sztuki (trailer 2), mamy tu w postaci Heleny przywołanie Heleny Wolińskiej, oficer GL i AL, od sierpnia 1944 do marca 1949 szefowej Wydziału Kadr w Komendzie Głównej MO, potem prokuratorze w Ludowym Wojsku (jakoby) Polskim. Scena jednak ta również budzi skojarzenia z Julią „Luną” Brystygier, oprawczynią żołnierzy niezłomnych, podawaną nam dziś do wierzenia, w tzw. „Zaćmie”, jako nieznaną ubecką męczennicę sumienia, niemal błogosławioną. Zaś waga tej sceny sięga dalej, poza teatr i sztukę.

Bohaterem nieożywionym jest tu również to szczególne miejsce, w którym p. Żak wystawił „Wyklętych 44”.

(Etapy budowania sceny w Królowych przez chłopaków z ZHR:

)

A to dlatego, że wielce intrygującym jest sposób, w jaki on i aktorzy dopasowali tą inscenizację do surowych, kamienno-ceglanych ścian i całej przestrzeni owego budynku gospodarskiego, a w zasadzie jego ocalałej połowy, w której zmieściło się, oprócz aktorów i sceny, około 150-200 osób. Dodam do tego jeszcze doskonałą kontrolę oświetlenia, niby prostego w operacji, ale wymagającego namysłu i koncepcji. Dlatego po przedstawieniu dopchałem się do p. Żaka i zapytałem, jak sobie poradzili z przestrzenią, czy długo tu ćwiczyli i jak oswoili tę scenę. Żak odpowiedział prosto i zwięźle: „To ona nas oswoiła”. Gdy wszystko sobie zsumowałem, zrozumiałem, że ćwiczyli krótko. Inaczej być nie mogło. To był drugi raz, kiedy miałem okazję, krótko i węzłowato, porozmawiać z p. Żakiem. Nie mogę twierdzić zatem, że znam go dobrze, ale mam wrażenie, że owa odpowiedź krótka i węzłowata jest czymś dla niego charakterystycznym, tak jak krótka próba przed spektaklem.

(Od lewej Aleksandra Pisz (Danusia), Przemysław Sejmicki (Janek), ktoś z widowni, Agnieszka Rodzik (Lilka), z tyyłu za nią Maciej Małysa (Konrad), Ewa Tomasik-Adamczyk (Helena), za nią Tomasza Antoni Żak, reżyser, scenarzysta, na moim zdjęciu)

Tu relacja tv3: https://opole.tvp.pl/38669120/spektakl-inspirowany-historia-w-symbolicznym-miejscu-wykleci-44-teatru-nie-teraz-w-krolowych

P. S. Na zdaniu poprzednim powinien zakończyć się ten tekst, ale nie zmogę tej pokusy, żeby wstawić jeszcze konkluzję bardziej prywatną, na temat kamieni. Bo te są również nieożywionymi uczestnikami tej sztuki: kamienie tworzące ścianę tego budynku (widoczne na moich zdjęciach przed chwilą zamieszczonych). Na drugim roku studiów, zdaje się że był to 1987 r., pojechałem po raz pierwszy w góry, w Tatry. To było lato. Bardzo fajne, słoneczne lato. Rzecz jasna nic wtedy nie wiedziałem ani o Łupaszce, ani o Ince, ani o Ogniu, ani o powstaniu antykomunistycznym. Wiedziałem natomiast, co to była akcja „Ostra Brama” wileńskiej AK i jak się skończyła. Ledwo miałem świadomość, czym jest Solidarność, Wałęsa. O św. Janie Pawle II też raczej mało wiedziałem. Choć byłem za i zdecydowanie stawałem po stronie Kościoła, mimo niepraktykowania, w dyskusjach z dwoma moimi przyjaciółkami ze studiów i przyjacielem, z którymi stworzyłem bardzo zgrany zespół turystyczny. Złoiliśmy najpierw niskie Tatry, a potem Orlą Perć, tudzież kilka innych szlaków. (Wojtek miał nadwagę i czasem łapał go kryzys. Alka i Ewa natomiast ambitnie przygotowywały się do kursu skałkowego, który i ja wkrótce po nich zaliczyłem). Lecz nie o tych sprawach jest to zakończenie. Bo ma być o kamieniu. Pociąg do Zakopanego zatrzymał się na jakiejś stacji tuż przed Zakopcem. Był tam już kawałek podhalańskiej przyrody na jakimś poboczu nachylonym ku torom. I zobaczyłem na wysokości moich oczu kamień. Kawał kamienia doskonale uformowanego przez zjawiska geologicznie i atmosferyczne w bryłę, która mogła całkiem spokojnie służyć za np. polowy ołtarz. Był tak doskonały, mimo nieforemności, że do dziś nie mogę go zapomnieć. Kilka lat potem napisałem nawet o nim wiersz. I do dziś, a raczej do przedwczoraj, męczył mnie ten kształt, bo oprócz ołtarza żadnej innej funkcji nie mogłem dla niego znaleźć. I oto w sobotę 25 sierpnia A. D. 2018 zobaczyłem jego podobieństwo w kamieniach, tworzących ściany stodoły, w której kiedyś pracował „Łupaszka”. W Królowych pod Głubczycami znalazłem nową dla owego głazu rolę, rolę niemego świadka historii i czegoś więcej niż tylko sztuki czy kultury.



tagi: nie teraz  tomasz żak  wyklęci 44  królowe pod głubczycami 

Magazynier
27 sierpnia 2018 15:57
9     920    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
pink-panther @Magazynier
27 sierpnia 2018 17:44

Już dawno nie byłam w jakimś teatrze. I nie bywam już na żadnych imprezach patriotycznych. A w "tamtym" czasie potrafiłam się niesamowicie emocjonować "naszym Wałęsą" nie mówiąc o św. Janie Pawle II. Ale św. Janem Pawłem II "emocjonowali się" również towarzysze z wydziału propagandy KC PZPR i bezpieka na ul. Mostowskich.
Udało mi się pojechać zupełnie przypadkowo z młodzieżą młodszą i trochę starszą do Warszawy w  wieczór po Mszy św. na Placu Zwycięstwa w 1979 r. i uczestniczyć w Mszy św. porannej dla młodzieży. Siedzieliśmy na jezdni dosłownie jakieś 20-30 metrów od ołtarza przed kościołem św. Anny.  Niezapomniane chwile. Kto nie był, niech żałuje:)))
Ale teraz takie upamiętnienia też są bardzo potrzebne i dobrze, że komuś się chce i komuś zależy. Pamięć o Bohaterach ale i o ich oprawcach musi być pielęgnowana.

Dzięki za filmik.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier
27 sierpnia 2018 17:58

Cała przyjemność po mojej stronie. Ja byłem dopiero w 1984 pod gdańskimi krzyżami razem z ekipą namiotową, przejazdem. Ale to wtedy po raz pierwszy usłyszałem od starszego pana który układał tam kwiaty i ogólnie pilnował porządku o esbeckich "negocjacjach" z Solidarnością w postaci mordów nie tylko na bł. Jerzym ale i późniejszych, w tym na działaczach Solidarności. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier
27 sierpnia 2018 17:59

Wojtek, ratunku! Nie mogę znaleźć twojego tekstu z instrukcją wklejania zdjęć z własnego komputra.

zaloguj się by móc komentować

DYNAQ @pink-panther 27 sierpnia 2018 17:44
27 sierpnia 2018 20:23

Pamiętam jak przed samą mszą podano przez głośniki komunikat ''Karty wstępu może sprawdzać nasza służba porządkowa a nie milicja.'' Po tych słowach milicja się zrobiła jakaś taka,,,nieważna.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @DYNAQ 27 sierpnia 2018 20:23
27 sierpnia 2018 20:33

Dokładnie tak. Cała ta noc warszawska była niesamowita: miasto należało do katolickiego ludu. My się rozgościliśmy na ciepłym asfalcie z kocami i plecakami już koło 22.00 w nocy na Krakowskim Przedmieściu dokładnie przed wejściem do kościoła Św. Anny, ale przed nami było już trochę szybszych amatorów. No i był karnawał: całe miasto spacerowało, gdzieś harcerze grali na kobzie, wszyscy się uśmiechali i było bardzo dużo księży młodych w sutannach. A rankiem poszła plotka, że część tych "księży" to była bezpieka na służbie. Zwracam uwagę, że po Mszy św. Nowym Światem przemaszerował marsz chyba Ruchu Młodej Polski (ale nie pamiętam) i doszedł aż do ronda, gdzie dzisiaj stoi palma. Nowy Świat był zamknięty barierkami a zza firanek w Centralnym Komitecie PZPR spoglądały na nas tajemnicze postacie:)))  Taka noc  i taki poranek - są cenniejsze niż całe złoto świata.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @pink-panther 27 sierpnia 2018 20:33
27 sierpnia 2018 20:58

A z innych okien tajemnicze postacie z aparatami fotograficznymi. Ale i tak było was za dużo. W Poznaniu w 1983 fotografowali z dachów. Byłem. Potworna spiekota, jeszcze potworniejszy tłum i jazda pociągiem. I malutki JPII gdzieś na horyzoncie. Ja dopiero wtedy zaczynałem wychodzić z dziecięcej nirwany. W 1979 to ja jeszcze po skakałem po gałęziach. Chociaż co to jest wojna w Afganistanie to już wiedziałem w styczniu 1980, już wtedy w I klasie liceum. Nie wypadało nie wiedzieć. Wolna Europa dochodziła nawet przez odmęty nirwany.  

zaloguj się by móc komentować

wierzacy-sceptyk @Magazynier
27 sierpnia 2018 21:10

Moja żona była na mszy na placu a ja byłem na tej porannej. Oddzielnie, bo ktoś z nas musiał zostać z naszym synem. Babcie zastrajkowały bo też chciały tam być. Wyszedłem z domu jak jeszcze ciemno było i miejscówkę miałem jakieś sto metrów przed seminarium, bardzo dobrą:) Żałuję tylko że nie słyszałem tych słów- "niech Duch Święty zstąpi ..."

a drobna uwaga- Cat Mackiewicz to nie był Józef Mackiewicz.

zaloguj się by móc komentować


Magazynier @wierzacy-sceptyk 27 sierpnia 2018 21:10
30 sierpnia 2018 14:29

No ale jeśli Stanisław był Cat, to i wypadałoby żeby Józef też. Asymetria ...

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować