-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

Żelazny Motyl cz. IV

Krótki słowniczek wylgaryzmów ocenzurowanych za pomocą trzech kropek; w przypadku tych słów trzy kropki nie są niedomówieniem, są aktem cenzury:

,k... , - pogardliwa nazwa zdemoralizowanej kobiety pochodząca do łacińskiego słówka curvum, tu w dialogach zwykle ujęta jest między przecinkami;

ch... - prasłowiański czasownik w trybie rozkazującym (tak jak "stój") oznaczającym niegdyś bardzo przyzwoity nakaz chowania intymnej części męskiego ciała; dziś jest wulgaryzmem; często też jest zapisywany nieortograficznie z "h" na początku;

d... - dupa; od...any - odjebany; j...any - jebany; pier...ony - pierdolony; sk...syn - skurwysyn; wpier...ol - wpierdol; (wszystko ohyda)

 

III.

Spotkanie w hotelu przebiegło jak swaty starej panny i starego kawalera ze średniego szczebla urzędniczego, którzy hajtają się dla kasy. Panowie i panie w liczbie siedmiorga, siedzieli nieruchomo na swoich fotelach, sofach i krzesłach jak manekiny. Ich twarze nie zdradzały żadnych emocji. Żadnych poufałości. Zdawkowe informacje. Żadnych uścisków dłoni. Zdawkowe kiwnięcia głową na potwierdzenie zawartej umowy. Jak manekiny. Albo pacynki. Wszystko. Profesor był z nim do końca. Jak zwykle uprzejmy i dyskretny. „Jakieś bez jaj to towarzystwo”, pomyślał Paź. „I to ma być, k…, totalana, k..., opozycja? Przecież to naprawdę są, k…, neptyki”. Klął w duchu Wezwolonego, wspominając z niedowierzaniem tę pamiętne zdjęcia z jakiejś imprezy NEP-u, wielkanocnej czy trzeciego maja, czy jakiejś takiej, z pornosami w tle. W końcu palnął się dłonią w czoło. „Przecież, oni, k…, to, k…, dementowali, że niby, k…, PiS ich w to, k…, wrobił, fotomontaż. Dobra, wygram ten proces i wyp…lę te wszystkie neptyki na Maderę. Niech się tam zaj...ą na śmierć. Wezmę, k…, Waldiego z Irlandii, Elektryka i, k…, cały gang znad, k…, matki polskich rzek, k…, Noteci. I, k…, zrobimy, k…, taki rząd, że im szczena, k…, opadnie. K…!!!” Ochłonął nieco. Przyszła mu inna myśl:

– Aha! Panie psorze, oni chyba mieli wczoraj imprezę. Skacowani ... – rzekł jakby z ulgą odprowadzając profesora do jego apartamentu. – Trzeba było wziąć tę półlitrę.

– Tomeczku – skrzywił się profesor. – To są poważni ludzie. Mają tyle na głowie. Stres. To jest po prostu stres.

Profesor zaprosił go do siebie. Wyciągnął z barku butelkę koniaku. Zamówił kawę z hotelowej restauracji. Siedli. Wiedział, że teraz będzie nauka. Wskazywał na to koniak i kawa nieodłącznie towarzyszący pouczeniom. Wiedział, że musi to cierpliwie przetrzymać. Profesor długo i namolnie wkładał mu do głowy, co ma robić, czego nie ma robić, co ma mówić, czego nie ma mówić, jak zostanie zatrzymany. Gdzie ma dzwonić. I żeby zapisał sobie numery gdzieś, gdzie nie zostaną zniszczone albo starte. „Na ch...u”, pomyślał Paź, ale przez delikatność nie powiedział tego głośno. Przytakiwał. A nawet udało mu się, powtórzyć wszystko tak, że profesor był bardzo zadowolony.

– Wiesz, Tomek, zrobiłeś na mnie kapitalne wrażenie, jak rzuciłeś to hasło: forsa, władza – rzekł na pożegnanie odprowadzając go do drzwi. – To było posunięcie godne wielkiego Szu. Uważaj na siebie. – Ogarnął go czułym, ojcowskim spojrzeniem, takim jak jego matka, kiedy była trzeźwa.

– Spoko, panie psorze … – Paź wzruszył się nawet. Nic, jednak, po sobie nie dał poznać. – Nie takie numery robilim. – Był bardzo z siebie dumny i nawet z … profesora. „Nie taka on guma, jak wygląda na pierwszy rzut oka. I, k…, wytrzymał, k…, tego, k…, tajniaka. Tylko kto to był ten wielki, k... Szu? K…, muszę pociągnąć z gwinta”, pomyślał, „Taki stres, że, k…, ja pie...olę”. Ale zwyciężył program profesora: „I tylko żadnej dzisiaj wódki! Opijemy po sprawie.” „Ta… , jak będę w pierdlu”, pomyślał z goryczą. Ale uznał słuszność nakazu. Już robił żelaznego motyla na kacu i to była zaj...sta mordęga. Wiedział, że po takiej jeździe jak dzisiaj na półlitrze się nie skończy. „K…, muszę jakoś odreagować! Dobra”, pomyślał z rezygnacją, „sztachnę się tylko marychą. Albo jeszcze lepiej, niech mi profesor sfinansuję dziewczynkę. Będzie marycha z Marychą”. Zawrócił na pięcie. Zapukał do drzwi apartamentu.

 

IV.

 

Była godzina siódma rano. Dzień zapowiadał się upalny. Tenzbirek dojechał skuterem na Starotoruńską przy kościele Rydzyka, jak wszem i wobec nazywano sanktuarium zbudowane przez Ojców Redemptorystów z datek pobożnego narodu. Na plecach miał stelaż. Skrzydła miała mu dostarczyć policyjna suka. Sam nie zdążyłby wypalić kwasem tych dwu portretów, nawet jakby nie spał całą noc. Cisza była wokół. Ani widu kato-manify. Ani nawet zapowiadanej kontr-manify opozycyjnej. Siódma piętnaście. Pospały się katole. Ale rewolucja też zaspała. Stanął pod jakimś drzewem po drugiej stronie szosy. Poznają go na pewno po tym hełmie z biało-czerwoną szachownicą, ciemnych binoklach, krzyżackiej brodzie i glanach. W końcu kto, jak kto, ale psy go znają. Uspokoił się ostatnio, ale pamiętają go, sk...syny.

W końcu zaczęli zbierać się katole. Zauważył nawet ku swemu zdziwieniu jakichś młodych wymoczków. „O k…”, zdziwił się, „wcale nie wymoczki. Pakerzy może nie, ale młodzi jacyś. Sportowcy, k…, czy co? Aha, wzięli się na sposób. Robią swoją obstawę. I tak nic mu nie zrobią. Jak założę motyla, nie dojdą do mnie. Poza tym, co to za katole, co biją bliźniego?”

Kato-manifa ruszuła. Ale rewolucji ani śladu. Za to podjechał do niego busik. Tajniacy. Pakerzy. Otworzyli tylne drzwi. Kazali usiąść Paziowi na progu. Coś tam majstrowali z piętnaście minut. Podali mu rzemyki do wachlowania skrzydłami. Kazali mu siedzieć. Ruszyli. Podjechali na koniec kato-manify. Zatrzymali się. Kazali mu zsiąść i iść obok manifestacji. „Ale, k…, zdziwią się katole”, pomyślał i mało nie podskoczył z radości.

Ruszył, niby powolnym, księżycowym krokiem. Ale susy stawiał długie. Dlatego wyprzedzał powoli kato-manifę. Czasem miał wrażenie, że przeciwny wiatr, gdy rozkładał skrzydła, unosił go dziwnie i wbrew prawom fizyki, pomagał w parciu na przód. Najpierw katole udawały, że go nie zauważają. Potem, usłyszał jakieś gwizdy, okrzyki. „Zrozumieli, gnojki. K...ca ich wzięła”, pomyślał z satysfakcją. „Zaraz posypią się butelki. Nic to, hełm wytrzyma. Patrzcie, k…, katole, jacy, k…, jesteście sku...syny. Miłość bliźniego? Ch… a nie miłość bliźniego! Gnojki zaj...ne!”, myślał sobie Tomek.

Ale nagle zorientował się, że gwizdy i okrzyki są jakieś podejrzanie radosne. „Oni się cieszą”, pomyślał ze zdziwieniem. „Co? Rydzyk im się znudził? Znienawidzili Kaczora? A ch… ich wie, co im tam w tych łepetynach się miesza. Mam to, k…, gdzieś!” Szedł dalej. Ale fala narastała. Zdziwił się jeszcze bardziej, że policja go nie zatrzymywała. „To są neptyki”, pomyślał. „Całkiem już zdurnieli na tym żołdzie faszystowskim”. Widział tylko fotoreporterów pstrykających zdjęcia i kamerzystów celujących w niego.

W ciągu niecałej godziny jego czarne punkowskie wdzianko było totalnie przepocone. W butach chlupał jego własny pot, jakby szedł przez mokradła nadnoteckie. Katole przestali się nim ekscytować. Był potwornie zmęczony. Zapomniał zabrać baniaczka z piwkiem. Chciało mu się chlać wodę i piwo na przemian. Jeść nie. Ale chlać potwornie. W końcu podeszli do niego krawężnikowi, poprosili na pobocze, stanęli z nim na chodniku, wylegitymowali, poinformowali że za nielegalną, niezarejestrowaną demonstrację polityczną grozi grzywna w wysokości trzech tysięcy złotych, za obrażanie osób publicznych coś tam jeszcze gorszego, spisali jego dane i grzecznie poprosili o opuszczenie trasy legalnej, zarejestrowanej manifestacji. Grzecznie złożył skrzydła. Poprosił, żeby podwieźli go do jego skutera. Co krawężnikowi uczynili przy pomocy któregoś z swoich motocyklistów. Skrzydeł mu nie zabrali. Pozostawili je złożone, nadal przytwierdzone do stelaża. Z takim ekwipunkiem wsiadł na skutera i odjechał w kierunku teatru Azteka.

Po drodze kupił gdzieś w kiosku półtora litra mineralnej. Wydoił wszystko, za jednym pociągnięciem. „Teraz lepiej. Teraz żreć. Gdzie jest profesor? Aha, numer do profesora mam w komórce. Zadzwonię, jak zjem coś”, pomyślał. „No chyba będzie profesorek zadowolony. Zadymy nie było. Ale poszło w świat co trzeba.” Był już na swoim podwórku okolonym odrapanymi, dawno nie remontowanymi kamienicami. Tu musi zdjąć stelaż. I chyba zostawi go w podwórkowej komórce, niby garażu, który przynależał do jego poddasza.

Nagle zdziwił się niepomiernie. Przed nim, pod trzepakiem stał Elektryk i kilku byczków. Nie widział go już całe wieki. Uśmiechnął się. „Musiała im szczęka opaść, jak mnie zobaczyli w tele”, pomyślał sobie.

– Elek! – zawołał do niego. – Widziałeś? Jakie, k…, jaja! Widziałeś?!

Ale Elektryk czegoś nie reagował na jego przywitanie. Minę miał taką, jakby Paź wymordował mu całą rodzinę. Byczki też.

– No chłopie, k…, co ci? Nie widziałeś mnie, k…, w telewizji?

– K…, widziałem. – Elektryk splunął mu pod nogi. – Ty, k…, cwelu. Ile ci, k…, dali?

– Elektryk, k…, co ty? – Paź roześmiał się. – Zazdrościsz? Nic mi nie dali. Dopiero dadzą. Wpie...ol na komisariacie.

– Wpie...ol, to, k…o, zaraz dostaniesz, k…, tutaj. – Elektryk złapał go nagle za kozią brodę. Paź uchwycił jego przedramiona, ale musiał ulec. Pochylił się. – Weźcie to, chłopaki – rozkazał Elektryk i drugą ręką wskazał na stelaż.

Paź przestał się śmiać. Jąkał się. Był w szoku i w strachu. Elektryk pokochał nagle Radio Maryja i Kaczora?

– Za to, k...o je...na – wskazał na blaszana skrzydła, które byczki Elektryka przed nim rozłożyły, – dostaniesz, wpie...ol teraz.

Paź nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na jego pięknych metalowych, emaliowanych skrzydłach widniały na jednym jaskrawo czerwony portret Gertrudy, królowej Europy, na drugim jaskrawo czerwony portret Kutscha, z którym sobie wczoraj w nocy rozmawiał. Wokół Gertrudy i wokół tego drugiego wianuszkiem jaskrawo zielonym układały się słowa: FORSA WŁADZA FORSA WŁADZA FORSA WŁADZA. Jego własne hasło.

W oczach stanęły mu łzy. Chciał coś powiedzieć, ale gardło mu odmówiło posłuszeństwa. Elektryk przywalił mu z piąchy w szczenę raz, drugi raz w oko, trzeci znowu w szczenę. Za trzecim litościwie urwał mu się film. C.d.n.



tagi: proza niepublikowana  pastisz  realia a. d. 2017   a. d. 2017 

Magazynier
21 listopada 2017 12:03
13     600    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:



Magazynier @Maryla-Sztajer 21 listopada 2017 13:10
21 listopada 2017 13:13

E tam! Już dawno się rozkręciło. Tylko pani nie zauważyła ;-}

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 21 listopada 2017 13:13
21 listopada 2017 13:16

? mmm

...może...nie zauważyłam.

Lepiej późno niż wcale;).

.

 

zaloguj się by móc komentować

elzbieta @Magazynier
21 listopada 2017 15:46

Usmialam sie, lubie czytac Panskie wpisy !

pozdrowienia

zaloguj się by móc komentować

Shork @Magazynier
21 listopada 2017 17:13

ale to nie koniec?

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Shork 21 listopada 2017 17:13
21 listopada 2017 17:39

Nie. To dopiero połowa. Jeszcze jest 5 rozdziałów.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @elzbieta 21 listopada 2017 15:46
21 listopada 2017 17:41

Dziękuję. O to mi chodziło. Cała przyjemność i radość po mojej stronie. :-3)))

zaloguj się by móc komentować


Magazynier @Shork 21 listopada 2017 17:13
21 listopada 2017 22:05

Zapomniałem dodać Cdn. Ale już jest. 

zaloguj się by móc komentować

Marcin-Maciej @Magazynier
22 listopada 2017 08:15

To się zdziwił łobuz jeden. A miało być tak pięknie....

Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Marcin-Maciej 22 listopada 2017 08:15
22 listopada 2017 15:51

To pewnie dziwne, ale ja mam jakiś taki czuły stosunek do swoich postaci. Kawał gnojka ten Tenzbirek, ale ja na prawdę mam do niego słabość. Nawet do Wezwolnego, tego sługusa piekieł, który sobie wyobraża, że depcząc Boże przykazanie staje się wolnym człowiekiem. 

Niech mi pan wyśle adres na wewnętrzną. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować