-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

Żelazny motyl cz. V

V.

Profesor Misztowt zamówił śniadanie na ósmą rano. Znalazł na jakimś kanale Potop Hoffmana. Zapakował się do łóżka. Obejrzał pierwsze sześćdziesiąt minut. Ziewnął przeciągle. Wyłączył telewizor i poszedł spać. Zbudził się kwadrans po ósmej. Włączył tvn24, ale na razie o kato-manifie była cisza, jak i o kontr-manifie NEP-u. Wziął prysznic. Kamerdyner zapukał do drzwi. Odziany tylko w szlafrok, profesor odebrał stolik ze śniadaniem. Ustawił go sobie naprzeciw telewizora. Pochłonął kawę ze śmietanką i wacianą bułkę z holenderskim serkiem. W telewizorni leciała na razie kawa czy herbata. Gadali o jakichś bzdetach, jak oswoić psa z kotem. Przerzucił kanał. Zadzwonił do żony. Przeprosił ją i uprzedził, że przyjedzie dzień później, bo miał spotkanie z Tomkiem i przyjaciółmi z NEP-u, i że będzie tu jakaś kontr-akcja nepowska, że musi być na miejscu, gdyby trzeba było interweniować. Żona była niezadowolona. Łucja Sokołowa-Misztowt, pół krwi Rosjanka, z dobrego domu postępowej inteligencji, która pamiętała jeszcze pierwszą PPS, Legiony, Ludwika Krzywickiego i Stefana Żeromskiego, nie lubiła Tenzbirka, tego lumpen-parweniusza, jak go nazywała. Drażnili ją młodzi dyletanci z totalnej opozycji, te sprzedajne chłystki. Robiła teraz wyrzuty mężowi i głęboko wzdychała dając do zrozumienia, jak bardzo jest urażona. Profesor usprawiedliwiał się. Tłumaczył, że sprawy są ważne, że nie ma teraz nikogo innego, kto broniłby wolności słowa i badań naukowych. A z Pazia wyrośnie jeszcze porządny człowiek. Dała się w końcu udobruchać.

– Oglądaj, kochanie, telewizję – rzekł jej na pożegnanie. – Poszukaj po kanałach. Jak zobaczysz coś o Tomku, zadzwoń do mnie.

Przez pół godziny przerzucał kanały. W końcu zaświtał mu nowy pomysł. Było pięć po dziewiątej. Znalazł lokalny kanał toruński, a na nim relację na żywo ze Starotoruńskiej. Pierwsze, co usłyszał ku swojemu zdumieniu, to to, że kontr-manifestacja totalnej opozycji została odwołana z powodu problemów formalnych. Druga, że toruńska manifestacja w obronie wolności sumienia w Europie nie jest jedyną, że takie same odbywają się w Warszawie i innych większych miastach wojewódzkich, że są wyrazem poparcia dla chrześcijan niemieckich, którzy podjęli głodówkę na znak protestu przeciw dyskryminacji wyznawców Chrystusa w krajach unijnych. Trzecia, że manifestacja przebiega spokojnie. I że jedynym zakłóceniem był pojawienie się Człowieka-motyla, który przez jakiś czas towarzyszył pochodowi, aż na prośbę organizatorów marszu został usunięty przez policję z powodu prowokacyjnych wizerunków i haseł zamieszczonych na jego skrzydłach. Profesor uśmiechnął się pod nosem. W tym momencie reporter podsunął mikrofon jakiemuś młodemu radnemu z Rady Miasta Torunia, który oświadczył krótko, że Człowiek-motyl najprawdopodobniej jest prowokatorem, że jego wystąpienie nie było uzgodnione z organizatorami marszu, którzy odcinają się od jego enuncjacji godzących w osoby publiczne. „Oczywiście ... Brawo Tomek ...”, skwitował w myślach starszy pan Leonard.

Następnie na ekranie pojawił się sam prowokator. Najpierw ujęty z odległości. Potem w zbliżeniu. Majestatycznie rozkładające się skrzydła i księżycowy chód Tomka przedstawiał prawdziwą maestrię. Pan Leonard przez chwilę kontemplował artyzm Pazia. Gdy nagle jego wzrok zarejestrował wizerunki pokrywające skrzydła. Obraz zamigotał. Pojawił się znowu. Teraz tylko jako statyczne ujęcie rozłożonych skrzydeł, na których widniały dwa wielkie portrety, po jednym na każdym skrzydle, w jaskrawo czerwonym kolorze, i napisy zaproponowane przez Pazia. Lecz nie były to portrety sławnego twórcy Radia Maryja i prezesa rządzącej partii, lecz, ku przerażeniu profesora, portrety obecnej przewodniczącej Parlamentu Europejskiego, byłej przewodniczącej Mniejszości Niemieckiej ze Śląska, pani Gertrudy Schedki, i obecnego lidera totalnej opozycji, szefa NEP-u, Bożymira Kutscha. Wokół nich w różnych fontach słowa: FORSA WŁADZA FORSA WŁADZA FORSA WŁADZA.

Pan Leonard zamarł. Filiżanka z resztką kawy wysunęła się z jego drżących dłoni. Kawa wylała się na jasny, klonowy panel podłogi. „Zdrajca ...”, przemknęła pierwsza myśl przez sparaliżowany umysł profesora. „Nie, to niemożliwe ...”, zabłysła druga. Jak kowalskie kowadło spuszczone z Piaskowej Skałki huknęła w jego głowie trzecia myśl: „Wrobili go! Nie sprawdził, co jest na tych skrzydłach”. Starszy, doświadczony akademik, członek loży Kołłątaj, któremu złożono nie jedną propozycję nie do odrzucenia i to w nie jednym języku, który nie jedną odrzucił nonszalanckim gestem i kilka przyjął z rezygnacją, który widział i wywąchał nie jednego donosiciela i oportunistę, nie był w stanie uwierzyć, że młody zdolny bandyta, o takim zaangażowaniu w sprawę, prawdziwy wojownik, prosty husyta, w którym nie może być podstępu, byłby w stanie zdobyć się na taką zdradę i to w ciągu kilku nocnych godzin najgorszej psiej wachty, w której każda bardziej złożona intryga tonęła w bagnie słabnącego krwiobiegu, wołającego o sen. „Wrobili nas!”, profesor skorygował wektor pierwszej intuicji. „Wezwolny wrobił nas! Jesteśmy spaleni!” Wiedział, że nikt mu nie uwierzy. Szumiało mu w głowie, która powoli robiła się ciężka jak rozgrzana, armatnia kula. W klatce piersiowej narastał ból. Obejmował powoli lewe ramię.

Zaćwierkał smartfon. Lucia, żona. Sięgnął po niego. Stuknął palcem w ikonkę zielonej słuchawki.

– Wiesz co? – w słuchawce zabrzmiał ostry kobiecy głos. Lucia była wściekła. – Wiesz co ci powiem? Mam dość tych sprzedajnych chłystków, których rozpuszczasz jak dziadowski bicz! To nie są twoje dzieci, żebyś się nad nimi litował! – wrzasnęła. – Ten Tomeczek, ten zas...ny sprzedajny chłystek! Widziałeś, co on zrobił?! – Cisza po tej serii z cekaemu wydawała się panu Leonardowi ukojeniem. Ale wiedział, że nie będzie trwała długo.

– Wrobili nas – stęknął. – Lucia, wrobili nas ... – Jego głos był cichy i płaczliwy.

– Kto wrobił?! – walnęła Lucia.

– Lucia, wrobili nas … – wyszeptał ciężkim, omdlałym głosem.

– Lonia, dobrze się czujesz? – Lucia spuściła z tonu. – W tej chwili dzwoń do Szczepana – rozkazała tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Niech cię zawiezie do szpitala. Wziąłeś pigułki? … Nie wziąłeś … Z Szymkiem jedziemy do ciebie. Naładuj komórkę. ... Boże, Lonia, czemu ty zawsze musisz się pakować w jakieś łajno? – osłodziła ostatnim pytaniem cały zwięzły dialog małżeński i rozłączyła się.

Do Szczepana, kolegi po fachu, nie musiał dzwonić. Od razu po zejściu Łucji z linii pojawił się jego nazwisko na ekraniku. Smartfon zaćwierkał znowu.

– Szczepan nie rozłączaj się. Muszę tabletki ... – wysapał starszy pan Leonard. Trzęsącymi się dłońmi wygrzebał je z nesesera. Dopadł jakąś butelkę mineralnej w barku. Połknął leki. Popił wodą.

– Leonard, dobrze się czujesz!? – krzyczał przez słuchawkę starszy pan filolog, językoznawca specjalista od dialektów rosyjskich i syberyjskich.

– Nie. … Źle się czuję. Boli mnie … – sapał profesor Leonard. – Szczepan przyjedź i zawieź mnie do szpitala.

– Tak! Lecę! – rzucił piskliwym przerażonym głosem pan Szczepan. – Oglądałeś telewizję?

– Tak …

– To ten twój znajomy?

– Tak…

– Leonard … przykro mi …

– Nic nie mów. Wro… wro … wro...bili nas – wyjąkał starszy pan w stanie przedzawałowym.

– Leonard, trzymaj się, jadę …

Profesor opadł ciężko na gustowną kanapę w kolorze eko-beżowym. Tabletki powoli zaczynały działać. Puls uspakajał się. Ból w klatce piersiowej i lewym ramieniu cichł. Tylko ten kac. Tylko ten kac.

Po chwili znowu zadzwonił telefon. Na ekraniku wyświetliło się hasło „numer prywatny”. Wiedział, że to Wezwolny. Odebrał jednak.

– Ma pan jeszcze czelność do mnie dzwonić? – wypalił w słuchawkę.

– Panie Leonardzie … – zaczął Wezwolny.

– Nie jestem dla pana żadnym panem Leonardem! – wrzasnął profesor.

– A dobrze się pan czuje? – zagadnął Wezwolony.

– To nie pańska sprawa … – Profesor Leonard złapał się z pierś. Skrzywił się. Znowu poczuł kłucie.

– Bo ja tu jestem pod hotelem. Jeśli trzeba zawiozę pana do polikliniki.

– Panie, … panie, … odchrzań się pan ode mnie … – wystękał profesor.

– Wedle życzenia. Chcę pana tylko uspokoić, że to nie był pomysł pana Tomka. To był oczywiście mój pomysł. Ta zmiana wizerunków na skrzydłach. Odwołanie kontr-manify również mój. Los pana Tomka spoczywa teraz w moich rękach. Ale obiecuję panu, że krzywda mu się nie stanie.

– Wiem, że to pana pomysł. Pan od razu zamierzał to zrobić ... – rzekł profesor spokojniejszym tonem. 

– Przepraszam pana za tą manipulację – mówił wysłannik tajemniczych sił. – Przepraszam, że posłużyliśmy się panem i jego młodym przyjacielem, ale to jest szersza akcja. Widział pan wczoraj Kutscha, rozmawiał pan z nim. To nie jest człowiek na miarę Tuska czy Waltz. Tak samo pani Gertruda. Proszę mi wierzyć, opozycja potrzebuje innych ludzi. Proszę mi również uwierzyć, że Kościół i Kaczyński będą mieli problem z tą akcją. Pan Tomek natomiast nawet nie sprawdził, co mu zakładają na plecy. Inaczej by to nie wyszło. Ale zrobił, co do niego należy. I ja o tym nie zapomnę.

– Może lepiej, żeby pan zapomniał – bąknął profesor Leonard.

– Czy na pewno nie potrzebuje pan kierowcy? – zapytał jeszcze raz Wezwolny.

– Nie. Zawiezie mnie mój przyjaciel. – Profesor rozcierał lewą pierś.

– Jeszcze raz proszę przyjąć moje szczere przeprosiny – rzekł Wezwolny i się rozłączył.

Ból w piersiach trzymał nadal, ale nie był tak silny jak na początku. Po kwadransie zapukał do drzwi Szczepan Jazwicz. Profesor Leonard usiłował ubrać się właśnie.

– Szczepek, dziękuję ... – Profesor Jazwicz uściskał go serdecznie, jakby się nie wiedzieli wieki. A przecież rozstali się ledwie wczoraj. Wczoraj rozmawiali jeszcze w kuluarach prywatnego uniwerstytetu im. Dantyszka. Dzisiaj tak wiele się zmieniło. Tak to był uścisk jakby kondolencyjny.

– Szczepek, pomóż mi się ubrać. Ledwo się trzymam na nogach … – stękał profesor Leonard.

Wszystko trwało powoli, bez gwałtownych ruchów. Misztowt siadł znowu ociężale na kanapie. Po kilku minutach wstał ostrożnie. Sprawdził czy ma wszystkie dokumenty ze sobą i tabletki. Powoli ruszyli ku drzwiom.

Utknęli w korku. Profesor Szczepan rozglądał się bezradnie. Trąbił całkiem niepotrzebnie. Pan Leonard uspakajał go:

– Spokojnie, powoli. Dojedziemy. Tabletki działają. Już mi trochę lepiej.

Pan Szczepan spojrzał na przyjaciela badawczo.

– Rozumiem cię … – rzekł cicho. – Ale nie trzeba tego tak przeżywać. Młodzi są szaleni. Wiesz, Stasio, mój syn, też mu odbiło. Ładnie sobie radzi. Ale wyobraź sobie, że też się nawrócił na Radio Maryja.

– Stasio? – Profesor spojrzał na Szczepana z lekkim niedowierzaniem. – Nasz król Staś pierwszy? – Syn profesora Jazwicza był ulubieńcem młodej kadry filologicznej Uniwerstytetu Warszawskiego. Jazwicze, gdy jeszcze byli młodymi asystentami, pierwsi dorobili się dziecka, dlatego chłopak był hołubiony przez wszystkich nawet przez starych profesorów. Ileż było anegdot z nim związanych. – Taki sympatyczny, inteligenty chłopak. Ale co? Miał tam audycję?

– Nie. Ale nic mu nie można powiedzieć.

– Przejdzie mu. To przecież filozof.

– No właśnie. Zabrał się za tomizm. Krąpiec, ten Dominikanim, KUL.

– O to gorsza sprawa – zmartwił się Misztowt.

– Ostatnio się z nim pokłóciłem.

– A co? Zapisał się do Pisu?

– Nie. Ale jest taki przemądrzały. Nie do wytrzymania. – Pan Jazwicz odczekał chwilę. Westchnął ciężko i rzekł:

– Zdrada bardzo boli.

Pan Misztowt milczał. Ciężkim wzrokiem ogarniał uliczny ruch. Odezwał się w końcu:

– To nie zdrada … Wrobili go … Wrobili nas … Na tych skrzydłach miał być Rydzyk i Kaczyński … Nie sprawdził, głuptas, co mu wkładają na plecy…

C. d. n. 



tagi: proza niepublikowana  pastisz  a. d. 2017 

Magazynier
25 listopada 2017 12:49
6     300    3 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @Magazynier
25 listopada 2017 13:29

No, ciekawe:).

Widzę kilka wariantów, ale pewnie już wszystko gotowe?:))

.

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 25 listopada 2017 13:29
25 listopada 2017 15:04

Tak. Jutro kolejne dwa rozdziały. Tylko poprawki stylistyczne. Ale co tam? Można sobie pogdybać. 

zaloguj się by móc komentować

Shork @Magazynier
25 listopada 2017 15:43

aleluja i do przodu!

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Shork 25 listopada 2017 15:43
25 listopada 2017 16:14

Zaprawdę, zaprawdę, alleluja, ale dalej ostrożnie. Trzeba najpierw sprawdzić co tam kryje się we mgle. Na mojego czuja, rzekłbym że brytyjscy doradcy. 

zaloguj się by móc komentować

Shork @Magazynier 25 listopada 2017 16:14
25 listopada 2017 16:42

za proste. teraz wykorzystać syndrom sztokholmski

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Shork 25 listopada 2017 16:42
25 listopada 2017 17:32

Rzeczy proste potrafią stworzyć pożądany efekt zaskoczenia. Jednego brytyjskiego doradcę widziałem własnoocznie kilka lat temu w WSKSiM. Szkolił teatralnie młodzież. Był świetny. Her Majesty's Inspector for Artistic Education. 

Tam niespecjalnie są okazje na syndrom sztokholmski. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować