-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

Żelazny motyl cz. VI

VI.

Redaktor Witzek, naczelny lokalnej filii najpoczytniejszej gazety w tym kraju, rzecz jasna, w kraju europejskim, ocierał pot z łysiejącej głowy, popijał przyjemnie schłodzoną coca-colę i zachodził w głowę, co ma zrobić z tym całym ambarasem. Nie minął nawet dzień od bezczelnej prowokacji na demonstracji Rodziny Radia Maryja i wszelkiej maści faszystowskich grup i grupek, była dopiera godzina dziesiąta dnia następnego, kiedy to spłynęły na jego biurko wszystkie dane dotyczące człowieka-motyla i całej afery. Trójka jego najlepszych hien wyniuchała i wymacała tego pajaca, najwyraźniej jakąś wtyczkę pisowskich służb w środowisku artystycznym i prowokatora. Że też ci reżyserzy i aktorzy nie zorientowali się od razu. Cieniasy po prostu. Jego pochodzenie mogło jednak zmylić. Przyznał w duchu, że zmyliłoby każdego. Do tej pory ładnie i dyskretnie drażnił faszystów. Ten hełm nazistowski z białoczerwoną szachownicą to był majstersztyk. Dopiero ostatni jego występ odsłonił wszystkie karty. Podobizny Schedki i Kutscha na jego skrzydłach, forsa i władza wypisane na nich jak byk. Tajna umowa z Ojcem dyrektorem albo z jakimiś Pisowcami aż biła po oczach. Ale z drugiej strony, jeśliby faktycznie oni wyrazili zgodę lub wręcz zachęcili go, to byliby naprawdę ostatnimi durniami. No cóż, to nie jest jego zmartwienie.

Jego zmartwienie na czym innym polegało. Na hamletowskim dylemacie: być czy nie być … tym redaktorem naczelnym lokalnego organu naczelnej siły narodu? Rzecz jasna, naczelnej siły narodu europejskiego … w tym katoczystowskim, antysemickim kraju. Bo, proszę państwa, pan Tenzbirek, wtyczka chamska, bo chamska, bo faktycznie z marginesu, z jakimiś nawet małymi wyrokami i odsiadkami, ten Paź Królowej, Człowiek-motyl, trafił do szpitala w stanie ciężkim. Nieprzytomny. Został pobity. Pod drzwiami swojej meliny. I co? On, redaktor naczelny lokalnej acz przewodniej siły narodu unijnego, miałby teraz z tego pisowskiego prowokatora zrobić męczennika? Toż to samobójstwo w biały dzień! Kto go pobił, do ciężkiej cholery? Żadna ze sprzedajnych hien nie dowiedziała się. „Ot, jakieś chuligany, bandyty ...” – rzuciła im emerytka, u której Paź wynajmował ten stryszek. Jasny gwint! Nic się nie dało wydobyć z tej dulszczyzny. Nikt nic nie widział. Żadnych pakerów, żadnych skinów, żadnych Ukraińców z pałkami. Nic! Miał dzwonić do samego najbardziej naczelnego i pytać się go o radę? Wolne żarty! Równie dobrze mógłby już pakować swoje zabawki i szukać nowej fuchy. A tak mu już fajnie szło! I dostał już zaproszenie na zjazd integracyjny do Jeziornej ...

Zadzwonił telefon. Odezwała się sekretarka dogorywająca w tym upale w sąsiednim gabinecie:

– Jakiś pan do pana … – rzekła omdlałym głosem.

– Nie ma mnie dla nikogo – rzucił w słuchawkę pan Witzek. A potem słuchawką w telefon. Drzwi jednak otwarły się. Stanął w nich nie kto inny jak tylko, znany państwu, szczupły, starszy mężczyzna z hiszpańską, siwiejącą bródką i wąsikami, o szpakowatych, krótko przystrzyżonych włosach, ze staromodnym, klasycznym przedziałkiem, w kawowych, przeciwsłonecznych okularach, w szarej koszulce z nic nie znaczącym numerkiem na lewej piersi, w szarych spodniach rybaczkach o nieokreślonej ilości kieszeni i kieszonek.

– Ależ, proszę pana … – wychrypiał naczelny redaktor Witzek, ślina zmieszana z coca-colę odebrała mu na chwilę głos, co, ze znanym już państwu wdziękiem, wykorzystał nieproszony gość.

– Ale ja w tej sprawie. – Wskazał dłonią notatki rozrzucone na biurku lokalnego acz naczelnego redaktora.

– W jakiej sprawie? – zdziwił się Witzek.

– W sprawie Człowieka-motyla. – Starszy pan, starszy acz dziwnie sprawny, jak na panujące warunki klimatyczne, rozsiadł się w fotelu stojącym w rogu gabinetu, przy którym pracował niestrudzenie stojący wiatraczek. Przesunął go tak by i jego obejmował przyjemny powiew.

– Ale … ale … – Witzek chciał wstać i pokazać gościowi wyjście, ale zabrakło mu siły. Ledwie poderwał się a już musiał opaść na przepoconą skórę swojego siedziska.

– Bo wie pan … – Szary Hiszpan, jak go nazwał w myślach redaktor, spoglądał bezczelnie na swoje wypielęgnowane dłonie. – Ja wiem, kto go pobił.

Redaktor Witzek wybałuszył oczy i pochylił się nad biurkiem, jakby chciał lepiej przyjrzeć się szaremu Hiszpanowi. Sięgnął po butelkę coli, ale ta była pusta. Podniósł słuchawkę i wysapał do niej:

– Pani Elu, ma panie jeszcze colę? Ale z lodówki …

– Panie redaktorze – omdlałym głosem obrażonej primadonny jęknęła pani Ela – lodówka jest u pana w gabinecie.

Chciał powiedzieć: wiem, przepraszam, czy mogłaby mi pani łaskawie ją podać. Ale pani Ela trzasnęła słuchawką. Za chwilę otwarły się drzwi i powolnym krokiem weszła pani Elżbieta, niezbyt młoda, lecz elegancka i zgrabna, z pięknymi, miedziano-rudymi włosami spiętymi w kok, w trykotowej, jasno-seledynowej bluzeczce i szarej, obcisłej spódniczce, sekretarka lokalnego acz naczelnego redaktora. Z gracją, bez pośpiechu, jakby z anglosaską flegmą, przemierzała klimatyzowaną przestrzeń pokoju w tempie majestozo, niczym brytyjski żaglowiec z żywym towarem sunący leniwie ku brzegom Indii Zachodnich po opromienionych oślepiającym słońcem falach Atlantyku. Dwóm świadkom jej przejścia, spoglądających na nią z rewerencją, mogło wydawać się ono powolnym progresem lodowca. Podeszła do lodówki ukrytej w stylizowanym na antyk barku. Z szafki obok wyciągnęła z gracją chińską tackę i dwie wysokie szklanice, z lodówki dwie butelki coli. Postawiła je na tackę obok szklanic i podeszła najpierw do gościa, który odruchowo ukłonił się jej, jakby kornie dziękując, po raz pierwszy okazując komuś cześć w ciągu ostatnich dwu dni, a być może i w ciągu całego swojego, długiego i skomplikowanego życia. A potem postawiła na biurku redaktora, który równie kornie acz mniej zgrabnie kiwnął w podziękowaniu swoją łysiejącą łepetyną. Pani Elżbieta równie powoli i majestatycznie poczęła wychodzić z pokoju.

– Nazywam się Lucjan Wezwolny – rzekł niespiesznie, w tempie naśladującym ruchy pani Elżbiety, tak zwany Lucjan Wezwolny, gdy pani Elżbieta zniknęła za drzwiami. – Jestem udziałowcem firmy wydawniczej – dodał flegmatycznie udziałowiec firmy wydawniczej. Po czym otworzył butelkę coli i napełnił nią elegancką szklanicę. Redaktor Witzek uczynił to samo. Milcząc, łapczywie opróżnił całą szklanicę, gdy pan Lucjan umoczył tylko usta w boskim płynie. Pan Lucjan odstawił szklanicę na stolik. Wstał. Podszedł, równie powoli jak pani Elżbieta, do biurka i położył na nim swoją wizytówkę. Redaktor wbił swoje niezmiennie wybałuszone oczy w wizytówkę a potem znowu w szarego Hiszpana o imieniu Lucjan. Przez chwilę w pokoju naczelnego redaktora brzmiała ogłuszająca cisza. Przerwał ją jakiś dziwny bulgotliwy dźwięk dobywający się z gardzieli lokalnego acz naczelnego redaktora:

– Kto? – To miał właśnie oznaczać ten dźwięk. Nic innego zresztą oznaczać nie mógł.

– Bojówkarze z Rodziny Radia Maryja – odparł chłodno pan Lucjan. – Tak pan napisze w tytule: Człowiek-motyl skatowany przez katolickich bojówkarzy.

Redaktor Witzek uśmiechnął się krzywo i zabulgotał:

– Niezłe … – To miał właśnie oznaczać ten bulgot. No i beknął, rzecz jasna. Ale zaraz krzywy uśmieszek zniknął z jego twarzy i rzekł już normalnym acz nieco ochrypłym głosem:

– Chcesz pan, żebym poszukał sobie nowej posadki? – Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Na co pan Lucjan wyciągnął z którejś z tajemniczych a licznych kieszeni swoich rybaczków smartfona. Przejechał się palcem po ekranie. Stuknął w niego. Po chwili dał się słyszeć sygnał zbliżającej się rozmowy telefonicznej.

– Halo … – odezwał się po drugiej stronie łącza dobrze znany redaktorowi Witzkowi a nader wyraźny, flegmatyczny, z charakterystycznym, niezbyt słowiańskim przydechem, głos.

– Witam – krótko rzucił pan Lucjan Hiszpan.

– A witam, pana Lucjana – odparł jakby z jakąś spowolnioną acz promienną eksplozją radości najbardziej naczelny redaktor naczelnej siły narodu europejskiego w tym antysemicko-faszystowskim kraju.

– Śledzi pan relacje z Torunia?

– Ajajaj ... Wie pan, to koszmar jakiś. – Radość w głosie najbardziej naczelnego redaktor zbladła całkiem a zastąpiła ją jakaś niezidentyfikowana zgryzota wzmagająca jeszcze ów przydech. – Co ja panu, panie Lucjanie, mogę w ogóle powiedzieć. Chamska prowokacja! I co, jak pan myśli? Oni myślą, że im to ujdzie na sucho?

– Nie. Ale ja wiem kto pobił tego człowieka … – Nastąpiła chwila ciszy. Redaktor Witzek wstrzymał oddech. Był na tyle przytomny, żeby wiedzieć, iż nie wolno mu zdradzić swojej obecności. Ale żeby od razu odcinać źródło tlenu? Przesadził trochę. Nie sądzicie, mili państwo? No powiedzmy, upał go usprawiedliwiał nieco. Nieco.

– Taaa? A kto w takim razie? – Teraz najbardziej naczelny redaktor zamarł w swoim flegmatycznym zaciekawieniu. Ale źródła tlenu nie odciął. Słuchał za to uważnie.

– Młodzi bojówkarze nasłani przez tych księży. – Pan Lucjan spokojnie i powoli wymawiał każdą sylabę tego warzącego kilka ton zdania.

– Taaa? – Zdziwienie najbardziej naczelnego redaktora choć wciąż spowolnione było jednak szczere. – To ładnie. Całkiem ładnie. A skąd pan to wie?

– Dowiedziałem się tego od pana dziennikarza, pana Witzka. – Naczelny acz lokalny redaktor z trudem powstrzymał się, by nie krzyknąć i znów wybałuszył w przerażeniu swoje przekrwione oczy.

– Ach, od Witzka … – Głos najbardziej naczelnego redaktora nabrał jakiejś delikatnej miękkości. – No widzi pan, jakich ja mam wspaniałych dziennikarzy … – Najbardziej naczelny redaktor czekał teraz na ruch pana Lucjana. Nie zamierzał występować przed orkiestrę.

– Tak. Od pana Witzka – przerwał wyczekującą ciszę pan Lucjan. – Właśnie siedzę u niego w biurze i próbuję dodać mu odwagi, by ten cały materiał opublikował.

Najbardziej naczelny redaktor buchnął w słuchawkę teatralnym śmiechem.

– Ajajaj, … Panie Witzku, kochany … – rzekł z niezmienną flegmą i owym przydechem. – Uśmiałem się ze śmiechu jak pszczoła. To taką mi krótkochwilę ugotowaliście – rzekł i śmiał się dalej.

– Krotochwilę zgotowaliśmy – poprawił go najbezczelniej pan Lucjan.

– Witam, panie redaktorze … – pisnął redaktor Witzek. – No właśnie …

– Tak, tak, kretochwilę, … tak, tak, zagotowaliście … – usiłował poprawić swoją staropolszczyznę najbardziej naczelny. – To chciałem powiedzieć. Witam, witam, panie Witzku … – najbardziej naczelny wciąż śmiał się. – To są wspaniałe wieści. Sprawiedliwość tryumfuje. Prowokator dostał za swoje. Ale tamci też dostaną. Nie wolno przecież tłamsić wolności słowa. Mam rację, panie Witzku? I to takimi metodami.

– No właśnie zastanawiałem się, co z tym zrobić – jąkał się naczelny acz lokalny. – Nie chciałem panu zawracać głowy, bo teraz czas urlopowy. I tak myślałem ...

– Nie, nie – protestował najbardziej naczelny. – To nie jest zawracanie głowy. A jaki będzie tytuł?

Redaktor Witzek wziął głęboki wdech, znowu niestety wybałuszając swoje przerażone ślepia, i jednym wydechem wyrzucił z siebie piskliwym głosem:

– Człowiek-motyl skatowany przez katolickich bojówkarzy … – Osobliwym zrządzeniem natury piskliwy głos w ostatnich sylabach zamienił się w grobowy bas.

Najbardziej naczelny sylabizował tytuł aż w końcu znowu rozpromienił się majestatycznie:

– To piękny tytuł … skatowany przez katolickich ... Ma pan talent. Wybiera się pan do stolicy tego kraju?

– Na razie dużo pracy – jąkał się pan Witzek. Otarł czoło, na którym nagle przybyło kropelek potu, i tym razem miast pisnąć wyrzucił z siebie ochrypłym basem grobowe pytanie, z nieukrywaną rozpaczą w wyłupiastych oczach:

– A jeśli te informacje się nie potwierdzą?

– Nic nie szkodzi – odpowiedział z niewzruszoną flegmą najbardziej naczelny. – Nic nie szkodzi, panie Witzku kochany. Zamieścimy sprostowanie. I niech pan nie omija mojego skromnego biura w stolicy tego kraju. Praca nie nutria. Odłożyć. Przyjechać. Ale za nim, to zadzwonić na ten numer, który ma pan Lucjan. Umówimy się, porozmawiamy. Wszystko panu wytłumaczę. Panie Lucjanie – ciągnął majestatycznie najbardziej naczelny – dziękuję panu serdecznie. Panie Witzku, niech pan to dzisiaj jeszcze napisze i wyśle mi. Koniecznie przed czternastą. Damy to na pierwszą stronę krajowego wydania. Proszę przyjechać, kiedy tylko będzie pan mógł. I dzwonić. Do zobaczenia. Dziękuję. Do zobaczenia.

Najbardziej naczelny rozłączył się w jak najbardziej teatralno-operowym stylu. „Ach, ci naczelni redaktorzy!”, pomyślała rudowłosa pani Elżbieta, przysłuchująca się całej rozmowie przez uchylone drzwi, „Są jak dzieci”.

Pan Lucjan schował komórkę, podszedł do biurka. Bezobcesowo sięgnął po jakiś długopis. Na odwrocie swojej wizytówki napisał tajemniczy numer do najbardziej naczelnego redaktora. Spojrzał chłodno na redaktora Witzka, który oparł swoją skołowaną głowę na ręce i zasłonił dłonią twarz.

– Tu jest numer – rzekł krótko pan Lucjan.

– Dziękuję panu – wysapał redaktor Witzek unosząc ku niemu nieprzytomny wzrok. – Dziękuję panu. Jak mogę się odwdzięczyć?

– Nie teraz – rzekł chłodno pan Lucjan i powoli, w tempie iście anglosaskim, wyszedł z pokoju.

 

VII.

 

Pani Łucja weszła cicho do izolatki swego męża. Była godzina ósma rano. Profesor Leonard właśnie spał. Wyglądał na zmęczonego. Miał podłączoną kroplówkę do lewego ramienia. Spod pidżamy biegły cztery kolorowe druciki do kardiografu. Świetlisty punkt na jego ekranie kreślił miarowy, regularny wykres pracy serca. Tak jak powiedział lekarz. Nie było powodów do obaw. Stan pacjenta był stabilny. Dzisiaj jeszcze zostanie wypisany spod obserwacji. Na stoliku obok łóżka zobaczyła jakąś kopertę, dużą, beżową kopertę, wypchaną do niemożliwości papierami. Widniały na niej pospiesznie i niedbale skreślone słowa: „Od Lucjana dla profesora Misztowta”. „Znowu jacyś podejrzani znajomi”, pomyślała pani Łucja. Sięgnęła po kopertę i postanowiła ją ocenzurować. Oczywiście w środku była ulubioną prasa małżonka, najświeższe wydanie. Na pierwszej stronie widniał tytuł wybity wielkimi czerwonymi literami: „Człowiek-motyl skatowany przez katolickich bojówkarzy”. „Doigrał się lumpen-parweniusz”, pomyślała Pani Łucja. I jeszcze jedna myśl przemknęła przez jej umysł: „Ci znajomi kiedyś cię zabiją, Lonia … Co za dużo to niezdrowo.” Ostrożnie włożyła gazetę z powrotem do koperty i rzuciła ją pod łóżko. Na korytarzu powoli narastało brzęczenie naczyń i sztućców na mobilnym stoliku. Salowa zbliżała się ze śniadaniem. Pan Leonard powoli otworzył oczy. Uśmiechnął się, gdy zobaczył swoją żonę.

– Lucia, jak dobrze, że jesteś … – wymamrotał. – Śniło mi się …

C. d. n.



tagi: proza niepublikowana  pastisz  a. d. 2017 

Magazynier
26 listopada 2017 11:41
17     430    2 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @Magazynier
26 listopada 2017 12:01

Tenzbirek widział sprawcę:)

.

plus

.

 

zaloguj się by móc komentować

Shork @Magazynier
26 listopada 2017 12:28

– Nazywam się Lucjan Wezwolny – rzekł niespiesznie, w tempie naśladującym ruchy pani Elżbiety, tak zwany Lucjan Wezwolny, gdy pani Elżbieta zniknęła za drzwiami. – Jestem udziałowcem firmy wydawniczej – dodał flegmatycznie udziałowiec firmy wydawniczej.

ładnie, ładnie

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Shork 26 listopada 2017 12:28
26 listopada 2017 12:44

Dzięki. Chyba całkiem nieźle. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 26 listopada 2017 12:01
26 listopada 2017 12:47

Ano widział, ale tytuł z najbardziej poczytnej gazety karojowej, zobaczy nie szybko. Sam nie wiem kiedy. Ale zobaczy. Ktoś mu go podsunie pod nos. Tylko że to już będzie kolejne opowiadanko. 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 26 listopada 2017 12:01
26 listopada 2017 12:57

Ale i tak nie może go wydać. Nie tylko z powodu strachu przed zemstą, ale i ze wstydu, bo być skatowanym przez kumpla to hańba, gorzej niż ostracyzm, wyrok banicji. 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 26 listopada 2017 12:57
26 listopada 2017 13:03

Widzę tam kilka możliwości....:)))

.

 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 26 listopada 2017 12:47
26 listopada 2017 13:04

Niestety myślę algorytmami. Łatwo mnie za to mocno znielubić;).

.

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 26 listopada 2017 13:04
26 listopada 2017 14:03

Ależ skąd. To robi wrażenie. 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 26 listopada 2017 14:03
26 listopada 2017 14:27

Tzn: chodziło mi o to, że widzę szachownicę możliwości. To jest skończona ilość ruchów, choć się mocno rozgałęzia:)) A! Nie gram w szachy:))

.

Ale i tak nie wiem przecież, co Pan wybrał:))

.

 

zaloguj się by móc komentować


Maryla-Sztajer @Magazynier 26 listopada 2017 14:58
26 listopada 2017 15:07

Przecież się i tak dowiem, czytając:)

Na podstawie danych w tekscie - Wezwolony ma ograniczone pole manewru. Chyba że Autor zastosuje jakiś 'zwód'...nieczysty chwyt...

Ale ogólnie - Tenzbirek może w przyszłości wybierać szerzej. Ma psychologicznie więcej stopni swobody - że użyję żargonu fizycznego:))

.

Oczywiście, może to być już w następnym opowiadaniu. Ale Autor lubi Tenzbirka ..........

;).

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 26 listopada 2017 15:07
26 listopada 2017 16:00

Tak. Wbrew pozorom Wezwolny jest ograniczony w swoich działaniach, koń szachowy. Przede wszystkim przez zlecenie, które wykonuje. Nie jest głównym autorem swoich działań. Ale Tenzbirek też ma ograniczone pole działania. Z powodu swojego statusu społecznego, a w czasie najbliższych kilku miesięcy swojego pokiereszowanego życia z powodu fatalnych skutków pobicia. I dlatego że nie wie, czego może spodziewać się po Wezwolnym. A jak pani myśli, co by Wezwolny chciał dalej od Tenzbirka? Albo czy chciałby? Czy raczej nic by nie chciał?  

Dalej na razie autor nie sięga bo to by znaczyło że pisze powieść albo kolejne opowiadanie. Dalszy ciąg jest możliwy, ale dopiero za parę miesięcy/rok. Konkluzja tego epizodu zadecyduje się w ciągu najbliższych 6 dni literackich (chyba, nie wiem czy dokładnie policzyłem, musiałbym sprawdzić), w ostatnich trzech rozdziałach, które dam tutaj razem w ostatnim odcinku, czyli w realu również w ciągu 6, w przyszłą sobotę.  

Prostest przeciw prześlodowaniu Kościoła w Europie faktycznie mógł mieć miejsce w sobotę lub niedzielę. 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 26 listopada 2017 16:00
26 listopada 2017 16:10

Zawsze będzie chciał czegoś. Wezwolony:((

Taki status jego.

.

 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier
26 listopada 2017 16:58

Istotnym ograniczeniem jest czas Autora - a nie status społeczny Tenzbirka.

Już nie kuszę:))

.

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 26 listopada 2017 16:58
26 listopada 2017 20:06

Nie kusi pani, tylko się droczy. Ok. Wszystko jasne, trzeba dobrze wyczuć "odciski" autora. Nacisnąć w odpowiednim momencie i wtedy autor się oburzy: Co? Ja nie znajdę czasu na literackie natchnienie? ... I wyskoczy z samolotu z gaśnicą zamiast spadochronu @:-3))

Status społeczny Tenzbirka jest ograniczeniem, bo nie może poruszać się po szachownicy ani ruchem konika, ani ruchem hetmana, ani tym bardziej jak królowa, ani nawet jak wieża. Jest pionkiem i zdany jest na łaskę Bożej Opatrzności.

Co do Wezwolnego, zgadza się, zawsze będzie czegoś chciał. Choćby tylko żeby mieć Tenzbirka pod dyskretną kontrolą.

 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 26 listopada 2017 20:06
26 listopada 2017 21:00

NIE jest ograniczeniem. Ale to nie ja piszę, tylko Pan.:P.

 

.

Przed wyborami prezydenckimi zaczęłam pisać dorywczo u @sigma pod blogiem, krótkie historie Marylli. Tematycznie związane z czasem w Polsce.

A potem ...formuła się trochę zmieniła ..Marylla zamieszkała na kurhanie...i bardzo się przydaje...

Myślę, że Tenzbirek może mieć z czasem takąż właściwość...

:).

.

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Maryla-Sztajer 26 listopada 2017 21:00
27 listopada 2017 18:21

No to ciekawa rozbieżność opinii. Być ja to oceniam od strony koguciej. Tenzbirek nic nie może zaszkodzić Wezwolnemu, ani się przed nim obronić. Teraz ma jeszcze gorzej bo jest prawie inwalidą. Stanie na nogi, ale to potrwa długo. Musi też skądś wytrzasnąć kasę na rehabilitację. Fuchę, którą miał w teatrze, straci. Profesor Leonard też mu nie pomoże, bo on w ogóle do profesora już się nie odezwie. Może zamieszkać w kurhanie, albo pod mostem na rurze cieplnej, jak da radę przepędzić innych meneli. Tak czy inaczej jest skazany na "opiekę" Wezwolnego. Jeśli zgodzi się na opiekę Wezwolnego, tym bardziej nie może już korzystać z przyjaźni profesora. Dla mnie to jest sytuacja dużego ograniczenia.

Pozostaje tylko jedna jedyna możliwość. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować