-

Magazynier : Sprawy zaściankowe, stare i nowe. Małżonek, nauczyciel akademicki.

O czymś dobrym cz. II. Byt czyli jak Igancy i Tomasz z Sugeriuszem i Dunsem Szkotem gnali za osiołkiem Matki Bożej.

Ignacy de Loyola, założyciel Towarzystwa Jezusowego, w liście do swego przyjaciela i towarzysza Franciszka Borgiasza tak pisał: „Osoby, które wychodzą z siebie, aby przejść w swego Stwórcę i Pana, żyją w ciągłym skupieniu, uwadze i pocieszeniu wewnętrznym: widzą bowiem, jak Bóg, nasze Dobro Wieczne, znajduje się we wszystkich stworzeniach, dając im istnienie i utrzymując je w sobie przez swój byt nieskończony i swoją obecność”. Jedną sprawą jest tu przesłanie religijne, teologiczne zawarte w tym pięknym tekście, drugą zaś, rzecz jasna związaną z nią, jest pojęcie ISTNIENIA, EXISTENTIA, które tu się pojawia. Św. Ignacy zapożycza je ze scholastycznej interpretacji dwu fragmentów Pisma Świętego, z fragmentu przemowy św. Pawła do Ateńczyków: „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, i z tzw. prawdziwego Imienia Bożego: „Jestem, który Jest”, z Księgi Wyjścia; mówiąc dokładniej z 13-wiecznej koncepcji ISTNIENIA, doprowadzonej do pełni przez brata Tomasza z żebraczego zakonu kaznodziejskiego św. Dominika, znanego również jako św. Tomasz z Akwinu, do głębi zainspirowanego tymi dwoma tekstami. Skąd Ignacy zna to pojęcie? Ze swoich studiów filozofii i teologii w Alkali, Salamance i w Paryżu. Do studiów w Salamance i Paryżu, przymusza go inkwizytor Figueroa (w Alkali) zaintrygowany jego publicznym głoszeniem Ćwiczeń duchownych, Dominikanin, który podejrzewa go o herezję, najpierw zaprasza go na obiad, przepytuje go i po skończonym obiedzie karze wtrącić go do lochu, gdzie przetrzymuje go przez dwa miesiące i od czasu do czasu przetpytuje. W Salamance powtarza się to samo. Drugie jego uwięzienie owocuje nakazem zdobycia przez Ignacego „papierów” kwalifikowanego teologa.

W ten oto sposób snuję wątek nawiązujący do poprzedniego mojego tekstu (http://magazynier.szkolanawigatorow.pl/o-czyms-dobrym-dla-odmiany-czyli-o-zyciu-uniwersytetu-ktore-kwitnie-poza-uniwersytetem-czi) i obecnemu nadaję prawo do bycia drugą częścią cyklu, który mówi o życiu Uniwerstytetu, w tej części, o Uniwersytecie, który nadal jest częścią Kościoła, bo latach 20-tych i 30-stych 16-tego stulecia reformacja i tzw. humanizm dopiero rozwijają swoje szyki. Choć dziwnym trafem jego życie czerpie z poruszeń wychodzących nader często ze środowiska bardziej zakonnego niż uniwersyteckiego. 

I tak w Paryżu w 1528 r., gdzie 250 lat temu św. Tomasz w roku swej śmierci (1277) poddany został, a w zasadzie jego nauczanie, podobnej próbie ogniowej, gdzie z inicjatyw Biskupa Paryża zostały potępione niektóre jego tezy wraz z nauczaniem dwu innych arystotelików, Sigera z Brabantu i Jana Gersona, w tym to Paryżu św. Igancy szlifuje swoją łacinę, która mimo studiów do końca pozostanie siermiężną, i swoją wiedzę filozoficzną i teologiczną, tak iż może w końcu przyjąć święcenia kapłańskie. Jak to widzimy we powyższym fragmencie jego listu, w jego umyśle utrwala się również pełne rozumienie pojęcia ISTNIENIA. A nie jest to sprawa łatwa. Nie zrozumiał go w pełni nawet najbliższy uczeń św. Tomasza, Idzi z Rzymu, który utrzymywał, iż istnienie w koncepcji jego mistrza jest niemal odrębną rzeczą od istoty danego bytu, co nie jest zgdone z prawdą. Dopiero w wieku 20-tym za sprawą, o paradoksie, francuskich tomistów, takich jak Ettiene Gilson, znajduje koncepcja istnienia brata Tomasza pełne wyjaśnienie. Wybitny polski tomista, współbrat św. Tomasza, O. Mieczysław Krąpiec OP tak tłumaczy to pojęcie:

„Św. Tomasz w rozumieniu bytu-rzeczywistości nawiązywał do zdrowo-rozsądkowego (spontanicznego) poznania, które wskazuje na to, że coś jest rzeczywiste nie dlatego, że jest jakąś zdeterminowaną treścią np. dębem, bo przecież rzeczywistością jest też i brzoza (…). Zatem racji rzeczywistości nie należy szukać w bogatych stronach treściowych oglądanych bytów. Spontanicznie bowiem stwierdza się, że rzeczywiste, a nie wydumane jest to, co samo w sobie teraz istnieje. (…) To istnienie jest tym czynnikiem, który konstytuuje samą rzeczywistość; jest więc – mówiąc systemowym językiem Arystotelesa – aktem, poprzez który jest rzeczywistością, jest dobrem, jest przedmiotem ludzkich działań. (…) Jawi się zatem istnienie jako czynnik konstytuujący realność bytu samego w sobie, albowiem to dzięki istnieniu bytu wszystko w tym bycie jest rzeczywiście istniejące i w poznaniu jawiące się jako realne. Istnienie więc jawi się jakio absolutna doskonałość bytu, albowiem bytowo coś jest na tyle doskonałe na ile istnieje.” (Filozofia w teologii, str. 23, 25).

Chodzi tu zatem o rzecz prostą i oczywistą jak wręcz samo oddychanie. Istnienie jest jednak czymś tajemniczym, bo nie jest przedmiotem analizy, ale sądu, prostego aktu osądu, innymi słowy wniosku, formułowanego często nie całkiem świadomie, wniosku czerpanego z oglądu rzeczywistości, podobnego osądowi moralnemu, z tą różnicą, że sąd dotyczący istnienia, dotyczy nie dobra czy zła, ale prawdy i fałszu, czyli tego, czy dana rzecz istnieje i dlatego jest bytem, czy raczej jest złożeniem bytów lub złudą, czyli nie istnieje jako jeden, odrębny byt. Nie jest to żadna ezoteryka. Jest to sprawa należąca do rzeczy najoczywistszych. Sąd egzystencjalny nie jest nawet przywilejem poznania naukowego, ale najprostszego, podstawowego oglądu rzeczywistości, bez którego jednak nie istnieje ani filozofia ani nauki przyrodnicze, ani nawet teologia. Dlatego tak jak powietrze trudny jest do uchwycenia. Nie uchwycił go nawet największy rywal św. Tomasza, Franiszkanin, bł. Jan Duns Szkot, zwany Doktorem Subtelnym, mistrz logiki i wielki piewca Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej. Uczynił go ledwie jakąś cząstką istoty konkretnego bytu, podczas gdy „w istocie” nawet sama natura danego bytu, czyli jego istota, bez daru istnienia jest ledwie bytem pomyślanym przez innym byt, choć rozumny i wolny, to jednak nie władający darem istnienia. Tylko Ten, Który Jest, (ehjeh ’ăšer ’ehjeh, hebr.) jest twórcą i władcą istnienia każdego bytu. Myśląc o danym bycie nadaje mu istnienie i wciąż je podtrzymuje. Sam zaś jest nie tylko Bytem Absolutnym, ale również Bytem czystym, czyli takim, w którym, jak to objawia Mojżeszowi w gorejącym krzewie, Istota jest tożsama z Istnieniem. Jest to jeden z powodów, dla których Bóg, jako nieskończony Akt Czystego Istnienia, jest tak trudny od ogarnięcia przez naturalny rozum. Wszystko albowiem, co znamy ze świata widzialnego, jest bytem, w którym istota nie jest tożsama z istnieniem, zatem który w poznaniu możemy sobie rozłożyć np. na sam jego akt istnienia, czyli przedmiot prostego sądu stwierdzającego jego realność, i na to, co ten byt robi albo jaki jest, czyli na objawianie jego istoty/natury jako przedmiot naszych obserwacji (niekoniecznie wcale naukowych, bo nawet najprostszych służących po prostu fizycznemu przetrwaniu). Z Bogiem to nie tak prosta sprawa. Dlatego, jak za niecałe 50 lat od paryskich studiów św. Ignacego, będzie tłumaczył inny Hiszpan, karmelita, św. Jan od Krzyża, tylko wiara bynajmniej nie ślepa, wiara nieoderwana od naturalnego poznania ale współpracująca z nim (wbrew dogmatom reformacji), tylko wiara jako rodzaj poznania jest adekwatnym sposobem „ogarnięcia” Boga, proporcjonalnym do Jego niezwykłej natury.

Bł. Duns Szkot, choć nie zgadzał się z św. Tomaszem w kwesti prymatu istnienia nad istotą, musiał przynajmniej to niejasno przeczuwać. Wszak i dla niego Bóg i Jego wcielenie było fascynującą tajemnicą. Był on zaś jednym z nielicznych teologów – św. Tomasz głosił tezę przeciwną – który twierdził a nawet upierał się, że Wcielenie Syna Bożego nie było zdeterminowane przez grzech pierworodny pierwszych ludzi, zło albowiem nie może determinować dobra, ale że Wcielenie Słowa Odwiecznego nastąpiłoby tak czy inaczej. Dlaczego ma to świadczyć o jego przeczuciu, czym jest wiara jako poznanie Bytu niepowtarzalnego, innego niż to, co znamy z natury, jako proporcjonalny sposób poznania Bytu, w którym nieskończone Istnienie jest jednym z Jego Istotą? Dlatego, że jasnym dla niego jest, iż Wcielenie Słowa, przez które stał się wszechświat, miało być niezwykłym zbliżeniem ludzkości wiernej Bogu, acz nie całkiem jeszcze udoskonalonej, do doskonałości samego Stwórcy, do doskonałości, która choć tajemnicza, nie jest bezduszną, zimną ciemnością, ale poznaniem mądrości wylewającej z siebie miłość, litość serdeczną, gorejącą jak synajski krzak Mojżesza. Wszak była tym właśnie nawet dla ludzkości w stanie grzechu pierworodnego, radykalnie odległej od doskonałości Bytu Absolutnego.

Kiedy zatem św. Igancy w swojej metodzie medytacji zaleca, by rozpocząć ją od prośby, „żeby wszystkie moje zamiary, czyny i prace skierowane były wyłącznie ku służbie i chwale Jego Boskiego Majestatu”, ma na myśli świadomość takiej właśnie rzeczywistości, rzeczywistości ISTNIENIA, które, choć niełatwe dla poznania naturalnego, jest czymś, lub raczej kimś bardzo konkretnym, będącym w zasięgu mojego poznania i przeżywania, i razem kimś tchnącym dobrocią i nadzieją. Mało prawdopodobnie by znał tekst 11-wiecznego Cystersa, budowniczego bazyliki św. Dionizego, Sugeriusza, w którym w zasadzie nakazuje on by architektura i wystrój świątyni, jak również cała liturgiczna świętego kultu, była prostą analogią do konkretu stworzenia. Choć Sugeriusz nie używa pojęcia existentia, to jednak w konkretności i prostolinijności swojej metody jest on bardzo bliski św. Igancemu, zaś św. Ignacy jemu, obaj zaś św. Tomaszowi. Dla obu albowiem pobożność, to nie dewocja, lecz niemal namacalna świadomość konkretu ISTNIENIA, istnienia Stwórcy i stworzenia.

W Kotemplacji o Narodzeniu Zbawcy św. Igancy prowadzi nas najpierw drogą do Betlejem i każe stawić przed oczami naszego umysłu ów konkret, który jest czymś najważniejszym w te dni przed Wigilią, a nawet w samą Wigilię, przed pierwszą gwiazdą, przez symbolem narodzin Zbawcy: „z Nazaretu wyruszyła nasza Pani, prawie od dziewięciu miesięcy w stanie błogosławionym. Można pobożnie rozmyślać, że siedziała na oślicy, [a towarzyszył Jej] Józef ze służącą. Prowadzili wołu, a szli do Betlejem, żeby zapłacić daninę, jaką cesarz nałożył na wszystkie tamtejsze ziemie. Wprowadzenie 2. Wyobrażenie sobie miejsca: zobaczyć wzrokiem wyobraźni drogę z Nazaretu do Betlejem: zastanowić się nad jej długością, szerokością i [nad tym], czy ta droga wiedzie przez równiny czy przez doliny i pagórki. Podobnie trzeba spojrzeć na miejsce albo na grotę narodzenia: jak jest wielka, jak wąska, jak niska, jak wysoka i jak była urządzona. (...) Sam siebie [powinienem] uważać za ubożuchnego i sługę niegodnego, patrząc na nich, kontemplując ich i służąc im w potrzebach, tak jakbym [rzeczywiście] był obecny, z pełnym możliwym oddaniem i szacunkiem. A potem oddać się refleksji, żeby odnieść jakąś korzyść. (...) Patrzeć, zwracać uwagę, i kontemplować, co te osoby mówią, a oddając się refleksji odnieść jakąś korzyść. (...) Dostrzegać i rozpatrywać w duchu to, co te osoby robią, na przykład, jak podróżują i jak się trudzą ...”

Dziś i jutro nie ma ważniejszej rzeczy na świecie, nie ma ważniejszego nad to konkretu. Ponieważ tu jest Byt Absolutny, Istnienie Czyste, nieograniczone w swej wolności, Byt rozumny i wolny i nieskończony, Logos, Dawca istnienia, Odwieczny Król wszelkiego bytu, który staje się najpierw ... małym człowieczkiem pod sercem swojej Matki, a potem ... oseskiem. Nie ma nic ważniejszego nad to.

 

Dziś w niedzielę wigilijną dodaję i ślę wszystkim życzenia radości z tego, co faktyczne, co istnieje jako Nadprzyrodzone, i jest dane nam w małym dzieciątku, i z tego, co faktyczne, przyziemne i dobre. 



tagi: wcielenie  św. ignacy  św. tomasz  bł. jan duns szkot  sugeriusz 

Magazynier
22 grudnia 2017 23:53
9     581    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Magazynier @Magazynier
23 grudnia 2017 00:01

Tu wskazówki do kontemplacji Narodzenia Pańskiego wg. bł Katarzyny Emmerich

Przygotowania świętej Dziewicy do porodzenia Chrystusa. Podróż do Betlejem


Widzę świętą Dziewicę od kilku dni u Anny, Józefa zaś samego w do mu w Nazaret, gdzie służąca Anny mu gospodarowała. W ogóle pobierali utrzymanie z domu Anny, dopóki ta żyła. Widzę świętą Dziewicę u Anny dywany i opaski szyjącą i haftującą. Wielki ruch panuje w domu. Joachim zapewne już dawno umarł; widzę drugiego męża Anny w domu i dziewczynkę sześciu do siedmiu lat, która Maryi dopomagała i od niej nauki pobierała. Jeżeli nie była córką Anny, natenczas była córką Marii Kleofasowej i również nazywała się Maria.

Widziałam Maryję z innymi niewiastami w pokoju siedzącą i różne wielkie i małe nakrycia przygotowująca. Niektóre z nakryć haftowały złotem i srebrem.

Wielki dywan, przy którym każda haftowała dwoma pręcikami z kłębków nawiniętych pstrą wełną, leżał pomiędzy nimi na skrzyni. Anna była bardzo czynną, to w tę, to w ową biegała stronę, odbierając i podając wełnę. Wszyscy spodziewali się, że Maryja w domu Anny porodzi. Nakrycia itp. przybory przygotowują częścią do połogu Maryi, częścią na podarki dla ubogich. Wszystko już dobrze przygotowane, obficie i nad potrzebę. Nie wiedzą, że Maryja będzie musiała odbyć podróż do Betlejem. Józef z bydlętami ofiarnymi jest w drodze do Jerozolimy.

Widziałam, że Józef powrócił z Jerozolimy, zapędziwszy tam bydlęta ofiarne i umieściwszy je w domu przed bramą betlejemską, gdzie także przed oczyszczeniem Maryi później wstąpili. Był to dom Esseńczyków. Stąd poszedł do Betlejem, nie odwiedził jednak swych krewnych. Oglądał się za miejscem do budowli i za sposobnością nabycia drzewa i sprzętów; chciał bowiem, skoro Maryja w Nazaret porodzi, następnej wiosny z nią tu się sprowadzić. Wybrał sobie miejsce niedaleko od siedziby Esseńczyków. Niechętnie w Nazaret przebywał.

Z Betlejem wrócił Józef znowu do Jerozolimy celem złożenia ofiary. Gdy w powrocie z Jerozolimy, o północy przechodził przez pole Chimki, mniej więcej 6 godzin od Nazaret, ukazał mu się Anioł, mówiąc, iżby wnet z Maryją udał się do Betlejem, albowiem dziecię jej tamże ma się narodzić, by wziął ze sobą tylko nieco skromnych sprzętów, a osobliwie żeby nie brał żadnych robót koronkowych ani haftowanych nakryć. Anioł oznaczył mu wszystko. Józef wskutek tego bardzo był zatrwożony. Powiedziano mu też, iżby oprócz osła, na którym siedzieć będzie Maryja, jednoletnią zabrał oślicę, która jeszcze nie miała źrebiąt; tę ma puścić, by szła dowolnie, sam zaś ma iść drogą, którą ona pójdzie.

Widziałam Józefa i Maryję w domu w Nazaret, a także Annę. Powiedział im, co mu zwiastowano, i poczęli się wybierać w podróż. Anna była tym bardzo zmartwiona. Święta Dziewica dobrze wiedziała w sercu swoim, iż w Betlejem ma porodzić dziecię, lecz z pokory nic o tym nie mówiła. Wiedziała o tym z proroctw. Wszystkie miejsca proroków, odnoszące się do narodzenia Mesjasza, miała w swej szafeczce w Nazaret, czytała je bardzo często, błagając o spełnienie się proroctw.

Otrzymała je od swych nauczycielek przy Świątyni, te też święte niewiasty tychże ją nauczyły. Zawsze modliła się o przyjście Mesjasza, naprzód zawsze nazywała błogosławioną tę, która świętą Dziecinę na świat wyda, i pragnęła jako najniższa sługa u niej służyć. W pokorze swej nie myślała nigdy, żeby ona nią być mogła. Z owych miejsc proroczych wiedziała, że Zbawiciel w Betlejem się narodzi; tym chętniej poddała się woli Bożej i wybrała w podróż, która w tej porze roku była dla niej bardzo uciążliwa, gdyż w górach było mroźno. Maryja niewysłowione miała uczucie, iż tylko ubogą być może i być musi. Nie mogła nic zewnętrznego posiadać albowiem wszystko w sobie miała. Wiedziała, że stanie się matką Syna Bożego, wiedziała też i czuła, że, jako przez niewiastę grzech na świat przyszedł, tak też przez niewiastę zadośćuczynienie ma się narodzić. Z tym uczuciem powiedziała: “Oto ja służebnica Pańska." Dowiedziałam się, że Jezus o północy z Ducha świętego się począł i o północy się narodził.

Widziałam, jak Józef i Maryja, w towarzystwie Anny, Maryi Kleofasowej i kilku sług, w cichości z domu Anny wybierali się w drogę. Osioł dźwigał wygodne siodło poprzeczne dla Maryi i jej rzeczy. Na polu Chimki, gdzie Anioł ukazał się był Józefowi, posiadała Anna pastwisko; stąd zabrali słudzy ową jednoroczną oślicę, którą Józef miał wziąć ze sobą. Biegła za świętą rodziną. Tutaj Anna, Maryja Kleofasowa i słudzy, po rzewnym pożegnaniu, rozstali się z Józefem i Maryją. Widziałam ich jeszcze dalej idących i wstępujących do bardzo wysoko położonego domu, gdzie ich dobrze przyjęto. Sądzę, że był to dzierżawca dworu, który nazywał się “domem Chimki," i należał do owego pola. Można było stąd widzieć bardzo daleko, nawet góry Jerozolimskie.

Potem widziałam świętą rodzinę idącą doliną ku pewnej górze. Było mroźno i śnieg padał. Dolina ta była mniej więcej 4 godziny drogi od domu Chimki oddalona. Maryi bardzo było zimno. Zatrzymawszy się przy pewnym drzewie terebintowym, rzekła: “musimy odpocząć, nie mogę iść dalej." Józef zrobił jej miejsce pod drzewem. Umieścił także światło na drzewie; widziałam, że to często wśród podróży nocnych czynili.

Święta Dziewica błagała gorąco Boga, by jej zmarznąć nie dopuścił. Naraz ogarnęło ją tak wielkie ciepło, że świętemu Józefowi podała ręce, by się nimi zagrzał. Pokrzepiła się tutaj nieco pokarmem. Biegnący z nimi i wskazujący im drogę osioł, również tutaj przystanął. Kiedy indziej rozmaicie około nich biegał; gdzie droga była prosta i nie można było zbłądzić, np. między górami, to pozostawał w tyle, to wybiegał naprzód; gdzie się zaś droga dzieliła, zjawiał się zawsze i wybierał właściwą drogę; gdzie się zaś mieli zatrzymać, tam stawał. Józef mówił tutaj Maryi o dobrym umieszczeniu, jakie pragnął znaleźć w Betlejem. Mówił, że zna gospodę u pewnych dobrych ludzi, gdzie za tanie pieniądze wygodne miejsce mieć będą. Lepiej zapłacić kilka groszy, aniżeli za darmo mieszkać. W ogóle zachwalał jej Betlejem i pocieszał ją. Widziałam potem świętą rodzinę przybywającą przed wielką zagrodę chłopską. Gospodyni nie było w domu.

Gospodarz zbył świętego Józefa, mówiąc, że może jeszcze śmiało iść dalej. Ten dom był mniej więcej 2 godziny od owego drzewa terebintowego oddalony. Poszli więc dalej i znaleźli oślicę w jednej prostej szopie pasterskiej, do której wstąpili. Było tam kilku pasterzy, którzy szopę wysprzątali. Byli dla nich bardzo uprzejmi, dali im słomy i chrustu czy też wiązek sitowia do palenia. Ci pasterze również poszli do domu, z którego świętą rodzinę oddalono, dopowiadając, jaka to piękna, przedziwna niewiasta i jak miły, pobożny mąż są ci podróżni. Żona owego gospodarza również teraz do domu przyszła i wyrzucała mu że ich nie przyjął. Widziałam, że także poszła w pobliże owej szopy, do której podróżni wstąpili, lecz bała się wejść.

Ta szopa znajdowała się po północnej stronie góry, po stronie zaś południowej leżą Samaria i Tebez; a na wschód tej okolicy po tej stronie Jordanu leżały Salem i Ainon, po drugiej stronie, Sukkot. Było to mniej więcej 12 godzin drogi od Nazaret. Owa niewiasta przyszła jednakowoż jeszcze z dwojgiem dzieci i była bardzo uprzejmą i wzruszoną. Przybył i mąż, i prosił o przebaczenie i wskazał im, gdy się nieco pokrzepili, gospodę, mniej więcej godzinę drogi w górę oddaloną.

Gdy przed nią stanęli, uniewinniał się gospodarz przed Józefem, iż bardzo wiele ludzi jest w jego domu; lecz gdy święta Dziewica zbliżyła się i prosiła o nocleg, żona gospodarza bardzo się wzruszyła, a także i mąż jej. Zrobił im miejsce w pobliskiej szopie, umieścił także osła; oślicy nie było, biegała po polu. Gdy nie było potrzeba, nie było jej. Była tu dosyć okazała gospoda, kilka domów, sady, ogrody, także krzewy balsamu; lecz ta majętność leżała jeszcze po stronie północnej. Tutaj pozostali przez noc i cały dzień następny; był bowiem sabat.

W dzień sabatu przybyła do Maryi gospodyni z trojgiem swych dzieci, a także gospodyni domu, o którym przedtem była mowa, z dwojgiem swych dzieci. Maryja rozmawiała z dziećmi i uczyła je. Miały małe zwoje pergaminowe, z których musiały czytać. Także i mnie wolno było poufale z Maryją rozmawiać. Mówiła mi, jak błogo jej w tym stanie, że nie doznaje żadnych uciążliwości, ale nieraz w sercu swoim niesłychanie czuje się wielką i jakby w sobie samej się unosi; czuje, że zawiera w sobie Boga i człowieka, i że ten, którego zawiera ją nosi.

Józef wyszedł z gospodarzem na jego pola. Ci właściciele gospody polubili bardzo Maryję, i ubolewali wielce nad jej dolą. Chcieli ją u siebie zatrzymać, pokazali jej też pokój, który chcieli jej ustąpić. Lecz nazajutrz rano Józef z Maryją w dalszą wybrali się podróż. Szli teraz nieco więcej ku wschodowi wzdłuż gór, doliną górską oddalając się od Samarii, ku której przedtem zdawało się, że się zbliżają. Było widać świątynię na górze Garizim. Na dachu były liczne figury, jakby lwów lub innych zwierząt, które w słońcu biało połyskiwały.

Zeszli na równinę czyli pole Sychem, a po mniej więcej sześciogodzinnej podróży przybyli do odosobnionego domu wieśniaczego, gdzie ich dobrze przyjęto. Mąż był dozorcą nad polami i ogrodami, należącymi do blisko położonego miasta. Było tutaj cieplej, wszystko też w lepszym, urodzajniejszym znajdowało się stanie, aniżeli tam i gdzie przedtem byli. Strony te były słoneczne, co w Ziemi obiecanej o tej porze roku wielką stanowi różnicę. Ów dom nie zupełnie jeszcze leżał w równinie, lecz na południowym stoku góry, który rozciąga się od Samarii na wschód. Mieszkańcy pochodzili od owych pasterzy, z których córkami ożenili się później słudzy pozostali z orszaku świętych Trzech Króli. Także Jezus tutaj później często nauczał. Były tutaj w domu dzieci którym Józef, nim poszedł dalej, błogosławieństwa udzielił.

Widziałam go z Maryją idącego dalej przez równinę Sychem. Święta Dziewica chodzi czasem pieszo, tak że chwilami na wygodnych miejscach odpoczywają i pokrzepiają się. Mają małe chleby ze sobą, także chłodzący i wzmacniający napój w małych, ozdobnych dzbanuszkach, brunatnych i jak spiż lśniących. Siodło Maryi na ośle nie jest tak urządzone, żeby nogi zupełnie na dół się zwieszały. Po lewej i prawej stronie siodła jest wypukłość, tak że nogi na nim raczej jakby podparte spoczywają, aniżeli się zwieszają. Nad karkiem osła znajduje się poręcz, a Maryja siedzi na przemian raz po lewej, raz po prawej stronie. Zbierają też czasem jagody i owoce, które na niektórych miejscach słonecznych jeszcze na drzewach wiszą. Pierwszym, co Józef zawsze czyni, jest to, że dla Maryi w gospodzie wygodne miejsce wyszukuje; potem umyje sobie nogi, podobnież święta Dziewica. W ogóle często się myją.

Było zupełnie ciemno, gdy przybyli do osobno położonego domu. Józef zapukał i prosił o nocleg, lecz gospodarz nie chciał otworzyć. Józef przedstawiał mu swe położenie, mówiąc, że żona dalej iść nie może. Lecz gospodarz był nieubłaganym i rzekł, że pragnie mieć spokój. A gdy Józef powiedział, że nic nie chce darmo, odpowiedział, że tutaj nie ma żadnej gospody i nie życzy sobie pukania. Nawet drzwi nie otworzył. Poszli więc nieco dalej do pewnej szopy. Józef zapalił światło i przygotował posłanie dla Maryi, w czym mu ona dopomagała. Wprowadził też osła do tej szopy i znalazł dla niego jeszcze podściółkę i paszę. Wypoczęli tutaj nieco, a rano, gdy jeszcze było ciemno, widziałam ich wyruszających.

Byli od poprzedniego miejsca aż dotąd może około 6 godzin drogi oddaleni, a 26 godzin drogi od Nazaret, 10 od Jerozolimy. Ten dom leżał na równinie lecz teraz droga szła znowu w górę, w kierunku od Gabaty do Jerozolimy. Dotąd nie szli żadną drogą bitą, lecz przecięli kilka dróg handlowych, które biegną od Jordanu do Samarii i do dróg prowadzących z Syrii do Egiptu. Prócz tych dróg szerokich, zresztą drogi, którymi przechodzili, bardzo były wąskie, a zwłaszcza w górach, tak, iż człowiek musi bardzo zręcznie po nich chodzić, osły jednak chodzą bardzo pewnie. Teraz przybyli przed pewien dom, gdzie gospodarz z początku grubiańskim był dla Józefa. Zaświeciwszy Maryi w oczy, żartował sobie z Józefa, iż tak młodą ma żonę. Lecz gospodyni przyjęła ich, a zaprowadziwszy do domu przyległego, podała im placki.

Poszedłszy stąd dalej, stanęli najbliższą gospodą w pewnym wielkim domu wieśniaczym, gdzie ich również nie bardzo mile przyjęto. Właściciele, wcale jeszcze młodzi, nic się o nich nie troszczyli; nie byli to zwyczajni pasterze, lecz, jak tutaj na wsi wielcy gospodarze, zajęci światem, handlem itp. Widziałam sędziwego męża chodzącego w domu o kiju. Stąd mieli jeszcze 6 do 7 godzin drogi do Betlejem; lecz nie szli tam prostą drogą, ponieważ o tej porze roku była za uciążliwą i górzystą.

Postępowali za oślicą w poprzek krainy pomiędzy Jerozolimą a Jordanem położonej, a około południa widziałam ich przybywających przed wielki dom pasterski, oddalony mniej więcej 2 godziny od miejsca, na którym święty Jan chrzcił nad Jordanem, i gdzie Jezus także raz po chrzcie nocował. Obok tego domu stał dom osobny dla narzędzi gospodarczych i pasterskich, w podwórzu stała studnia, z której rurami spływała woda do stojących dokoła wanien.

Było to wielkie gospodarstwo; mnóstwo sług przychodziło tam i wychodziło aby się posilić. Gospodarz przyjął mile podróżnych i był bardzo usłużnym. Służący musiał Józefowi przy studni umyć nogi i przewietrzył także i oczyścił jego suknie, podając mu przez ten czas inne. Maryi w ten sam sposób usłużyła dziewka. Gospodyni nie pokazywała się, mieszkała osobno. Jest to ta sama, którą Pan Jezus po 30 latach napotkawszy chorą, wyleczył, mówiąc jej, iż ta choroba nawiedziła ją dlatego, ponieważ dla Jego rodziców gościnną nie była. Znam jednak i przyczynę, dla której się nie pokazała: owa niewiasta była młodą i nieco próżną. Zobaczywszy świętą Dziewicę, czy z nią rozmawiając, bliższych szczegółów dokładnie już nie pamiętam, uczuła zazdrość z powodu jej piękności i dlatego się nie pokazała. Dzieci także były w domu. Przy odjeździe około południa, owi ludzie towarzyszyli im kawał drogi.

Szli na zachód ku Betlejem i po dwugodzinnej drodze zaszli do pewnej miejscowości, której domy z ogrodami i przedsionkami stały w długich rzędach po obu stronach szerokiego gościńca. Józef miał tutaj krewnych. Byli to jakby synowie z powtórnego małżeństwa ojczyma lub macochy. Widziałam dom, był bardzo okazały; nie szli jednak ku niemu, lecz, przeszedłszy całą miejscowość, a potem idąc pół godziny na prawo w kierunku ku Jerozolimie, przybyli przed wielką gospodę, gdzie było mnóstwo ludzi celem odprawienia uroczystości pogrzebowej.

W domu ścianki ruchome przed kominem i ogniskiem były usunięte. Za ogniskiem wisiały czarne zasłony, zaś przed ogniskiem stała czarnym suknem pokryta trumna. Mężczyźni mieli długie czarne szaty, a na nich krótsze białe i modlili się. Niektórzy mieli przez ramię czarne, grube chustki. W innym miejscu siedziały niewiasty, zupełnie zasłonięte. W podwórzu był wielki wodotrysk, o licznych ramionach. Domowi, zajęci pogrzebem, przyjęli ich tylko z daleka. Lecz byli tam słudzy, którzy im usługiwali i osobne im zrobili miejsce, spuszczając maty, które u stropu były zwinięte.

Później widziałam także właścicieli gospody z nimi rozmawiających. Nie mieli już białych szat na czarnych. W domu było mnóstwo pościeli zwiniętych pod ściany, a z góry, ze stropu, można było spuścić maty, tak że zupełnie byli odłączeni. Dopiero następnego dnia w południe, znowu odjechali. Pani domu mówiła im, iżby jeszcze pozostali, gdyż Maryja, zdaje się, lada chwilę rozwiązania się spodziewa. Lecz Maryja, welon mając spuszczony, rzekła, iż ma jeszcze 36 albo 38 godzin czasu. Pani domu chciała ich wprawdzie zatrzymać, lecz nie w domu. Pan domu rozmawiał z Józefem, przy odjeździe, także o jego zwierzętach. Józef chwalił osły, mówiąc, iż jednego zabrał na wypadek potrzeby; gdy zaś gospodarz z żoną mówili, że trudno będzie znaleźć w Betlejem gospodę, powiedział Józef, iż tam ma przyjaciół i z pewnością dobrze przyjętym zostanie. Żal mi tego, że z taką zawsze pewnością o tym mówi. Także z Maryją o tym znowu wśród drogi rozmawiał.

W czasie tej podróży, gdy byli w okolicy Betanii, zdarzyło się, iż Maryja bardzo pragnęła pokrzepienia i spokoju i że Józef z nią prawie pół mili zboczył z drogi do miejsca, gdzie z dawniejszej podróży wiedział o pięknym drzewie figowym, mającym zwykle zawsze liczne owoce. Naokoło tego drzewa były ławki dla odpoczynku. Lecz gdy tam przybyli, owo drzewo żadnych nie miało owoców, byli więc bardzo zasmuceni. 

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier
24 grudnia 2017 17:42

Pierwsza gwiazda już zabłysła, dlatego, wraz z życzeniami serdecznymi kolejnych pięknych urodzin Zbawiciela: Narodzenie Dzieciątka Jezus wg bł. Katarzyny Emmerich

Widziałam, jak Józef nazajutrz dla Maryi w tak zwanej grocie ssania, grobowcu mamki Abrahama, Maraha zwanej, obszerniejszej od groty z żłóbkiem, urządził miejsce do siedzenia i do spania. Przepędziła tam kilka godzin, podczas których Józef grotę z żłóbkiem lepiej uprzątnął i uporządkował. Przyniósł też jeszcze z miasta rozmaitych mniejszych sprzętów i suszonych owoców. Maryja powiedziała mu, że tej nocy nadejdzie godzina narodzenia jej Dzieciątka. Będzie wówczas 9 miesięcy, jak poczęła z Ducha świętego. Prosiła go, by ze swej strony wszystko uczynił, iżby od Boga przyrzeczone, w sposób nadprzyrodzony poczęte Dzieciątko, jak najlepiej na ziemi uczcili. Niechaj z nią połączy modlitwę swoją za ludźmi twardego serca, którzy Mu żadnego przytułku dać nie chcieli. Józef 115 powiedział Maryi, iż przyprowadzi z Betlejem kilka pobożnych znanych mu niewiast do pomocy; lecz Maryja nie przyjęła tego, mówiąc, iż nikogo nie potrzebuje. Była piąta godzina wieczorem, gdy Józef świętą Dziewicę znowu do groty z żłóbkiem zaprowadził. Tutaj zawiesił jeszcze kilka lamp; także oślicę, która radośnie powróciła z pola, zaopatrzył w schronisku przed drzwiami. Gdy Maryja powiedziała, iż jej czas się zbliża, iżby więc udał się na modlitwę, opuścił ją i poszedł na miejsce, na którym sypiał, by się modlić. Jeszcze raz, nim wszedł do komórki swojej, wejrzał w głąb groty, gdzie Maryja, plecami do niego zwrócona, klęcząc, modliła się na swym posłaniu, z twarzą na wschód zwróconą. Widział grotę napełnioną światłem, a Maryja była jakby płomieniami otoczona. Wydawało się, że jak Mojżesz wpatruje się w krzak gorejący. Upadł, modląc się, na twarz i nie oglądał się już więcej. Widziałam, jak blask naokoło Maryi coraz się powiększał. Świateł, które Józef zapalił, nie było już można widzieć. Klęczała w szerokiej, białej szacie, która i przed nią była rozpostarta. O godzinie dwunastej była w modlitwie zachwyconą. Widziałam ją z ziemi podniesioną w górę, tak iż widać było pod nią podłogę. Ręce miała na piersiach na krzyż złożone. Blask około niej powiększał się. Nie widziałam już powału groty. Zdawało się, jakoby droga ze światła ponad nią aż do nieba prowadziła, w której jedno światło przenikało drugie i jedna postać przenikała drugą, i kręgi światła przechodziły w kształty i postacie niebiańskie. A Maryja modliła się, patrząc ku ziemi. W tej chwili porodziła Dzieciątko Jezus. Widziałam je jakby jaśniejące, maleńkie Dziecię, jaśniejsze nad wszystek inny blask, leżące na pokryciu przed jej kolanami. Wydawało mi się zupełnie małym i że w oczach moich rosło. Lecz to wszystko było tylko poruszeniem pośród tak wielkiego blasku, tak iż nie wiem, czy i jak to widziałam. Nawet martwa przyroda była jakby na wskroś poruszona. Kamienne posadzki i ściany groty zdawały się być żywe. Maryja była jeszcze przez pewien czas tak zachwyconą i widziałam, jak chustkę na Dzieciątko kładła lecz go jeszcze nie podniosła, ani brała w ręce. Po dość długim czasie widziałam, że Dzieciątko zaczęło się poruszać i płakać. Maryja zdawała się przychodzić do siebie. Wzięła Dzieciątko, zawijając je chustką, którą na nie położyła, przycisnęła je do piersi i siedziała zasłonięta zupełnie razem z Dzieciątkiem, i zdaje mi się, że je karmiła, widziałam też, że Aniołowie w ludzkiej postaci naokoło niej na twarzy leżeli. Mniej więcej godzinę po narodzeniu, zawołała Maryja świętego Józefa, ciągle jeszcze w modlitwie zatopionego. Gdy się do niej zbliżył, rzucił się nabożnie z radością i pokorą na kolana i padł na oblicze, Maryja zaś jeszcze raz prosiła go, iżby oglądał święty dar niebios. Wtedy wziął Dzieciątko na ręce. Święta Dziewica zawinęła teraz dzieciątko Jezus w okrycie czerwone, a na to położyła białe, aż do ramionek, wyżej zaś dała inną chusteczkę. Tylko 4 pieluszki miała przy sobie. Położyła je potem do żłóbka, który napełniony był sitowiem i innymi delikatnymi roślinami, i okryty zasłoną po bokach się zwieszającą. Żłóbek stał ponad korytem kamiennym, które równo z ziemią po prawej stronie wejścia do groty się znajdowało, tam, gdzie grota ku południowi jest więcej wysunięta. Posadzka tej groty leżała nieco głębiej aniżeli druga część, gdzie się Dzieciątko narodziło. Gdy włożyła Dzieciątko do żłóbka, oboje stanęli obok, płacząc i śpiewając hymny. Święta Dziewica miała swe posłanie i miejsce do siedzenia obok żłóbka. Widziałam ją w pierwszych dniach w prostej postawie siedzącą, a także na boku leżącą. Nie widziałam jej jednakowoż bynajmniej chorą lub wyczerpaną. Przed i po porodzeniu była ubrana zupełnie biało. Gdy ludzie do niej przychodzili, siedziała po większej części obok żłóbka, więcej owinięta. W nocy, w chwili narodzenia, wytrysnęło w innej, na prawo położonej grocie, piękne źródło, obficie wypływające, któremu Józef nazajutrz wykopał odpływ i 116 studnię.

zaloguj się by móc komentować

JOLANTA1 @Magazynier
25 grudnia 2017 12:25

,,a my nic nie rozumiemy,ledwie od strachu żyjemy

Gloria,gloria in exelsis Deo,,

Błogosławionych Świąt,

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier
25 grudnia 2017 12:41

O Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według Serca Twego

Od mojej własnej woli - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia szanowanym - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia kochanym - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia wychwalanym - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia zaszczytów - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia podziwu i uwielbień - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia wyróżnianym - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia proszonym o radę - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia akceptowanym - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia zrozumianym - wybaw mnie, Panie

Od pragnienia bycia odwiedzanym - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed upokorzeniem - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed wzgardą - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed odtrąceniem - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed oszczerstwami - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed popadnięciem w zapomnienie - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed wyśmianiem - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed podejrzeniami - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed obelgami - wybaw mnie, Panie

Od lęku przed odrzuceniem - wybaw mnie, Panie

 

(kard. Rafael Merry del Val - Litania pokory)

.

 

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @Magazynier
25 grudnia 2017 13:24

Drogim paniom Jolancie i Maryli serdecznie dziękuję za jakże adekwatne wpisy. 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Magazynier 25 grudnia 2017 13:24
25 grudnia 2017 13:50

(...)

Aby inni byli bardziej święci ode mnie, bylebym został świętym na miarę swoich możliwości - Panie, udziel mi łaski, bym tego pragnął.

.

tamże

zaloguj się by móc komentować


JOLANTA1 @Maryla-Sztajer 25 grudnia 2017 13:50
25 grudnia 2017 15:26

Kardynał Sarah ,,Moc milczenia,,.Wstęp.

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @JOLANTA1 25 grudnia 2017 15:26
26 grudnia 2017 10:31

Tak. Też film 'Wielka Cisza'. Klasztor kartuzów.

.

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować